Debata o zjednoczeniu Mołdawii z Rumunią dość regularnie powraca do przestrzeni publicznej państwa nad Prutem. I chociaż w ostatniej dekadzie poparcie dla tego pomysłu wzrosło, wciąż nie można mówić o szerokim konsensusie.
Prezydentka Maia Sandu powiedziała niedawno, że gdyby takie pytanie zostało postawione w referendum, zagłosowałaby na „tak”. Ta wypowiedź, która padła w styczniu w wywiadzie dla brytyjskiego podcastu politycznego „The Rest Is Politics” na YouTubie, na nowo ożywiła debatę, która nigdy do końca nie znika z życia publicznego w Mołdawii.
Czy jednak większość Mołdawian jest tego samego zdania co Sandu? I jak realistyczny jest taki scenariusz w przewidywalnej przyszłości?
Zapytana o perspektywy zjednoczenia w wywiadzie dla podcastu dwóch znanych brytyjskich komentatorów, Rory’ego Stewarta i Alastaira Campbella, prezydent Maia Sandu – która już wcześniej mówiła, że jest zwolenniczką unii (rum. unirea) – powiedziała, że zagłosowałaby na „tak”, gdyby doszło do referendum. Natychmiast jednak dodała do swojej odpowiedzi szerszy kontekst geopolityczny.
Węgierski kij w szprychy eurointegracji
„Proszę zobaczyć, co dzieje się dzisiaj wokół Mołdawii, zobaczcie, co dzieje się na świecie” – powiedziała. „Coraz trudniej jest krajowi takiemu jak Mołdawia przetrwać i istnieć jako demokracja, jako suwerenne państwo. Jednak jako prezydentka Mołdawii rozumiem, że nie ma poparcia większości dla zjednoczenia z Rumunią. Jest natomiast większość, która popiera wejście do UE i właśnie w tym kierunku zmierzamy. Jest to o wiele bardziej realistyczny cel, który pozwala nam chronić naszą suwerenność” – zaznaczyła Sandu.
Wypowiedź przywódczyni Mołdawii natychmiast trafiła na pierwsze strony międzynarodowych mediów, ale wywołała też gorącą debatę wewnątrz kraju. Główna prorosyjska partia opozycyjna odpowiedziała, wywieszając w kilku regionach banery z napisem: „Republika Mołdawia to nie Rumunia”.
W 2024 r. Maia Sandu zainicjowała inne referendum – dotyczyło ono integracji z Unią Europejską. Wyniki pokazały światu, jak głęboko podzielone jest mołdawskie społeczeństwo. 50,35 proc. głosów oddano na „tak”, a 49,65 proc. było przeciw. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że wyniki zostały „zaburzone” przez działania – w tym nielegalne i finansowane przez Moskwę – prorosyjskich grup wpływu, trudno zaprzeczyć, że podział ten istnieje. Sandu zdaje sobie sprawę, że postulat zjednoczenia z Rumunią uzyskałby w referendum znacznie mniejsze poparcie niż integracja z UE.
Proces eurointegracji Mołdawii spowolnił z powodu działań Węgier, blokujących akcesję Ukrainy, z którą Kiszyniów idzie w jednym „pakiecie”. Z tego powodu Mołdawia nie zdołała rozpocząć negocjacji akcesyjnych zimą 2025 r., chociaż taki cel deklarowały proeuropejskie władze w Kiszyniowie.
„Myślę, że deklaracja Sandu jest związana z blokowaniem przez Węgry ścieżki akcesyjnej Ukrainy, z którą jesteśmy powiązani” – wyjaśnia Pavel Vintila, analityk ds. politycznych w think tanku IDIS Viitorul.
„Zjednoczenie (Mołdawii – red.) z Rumunią to czarny scenariusz dla Węgier, które nigdy nie patrzyły przychylnie na silnego sąsiada u swoich granic. To przesłanie, jak sądzę, jest skierowane do Węgier, ale i do innych państw europejskich, i ma pokazać, że istnieje plan B – Mołdawia mogłaby wejść do UE ‘tylnymi drzwiami’” – ocenił analityk. Jego zdaniem głównym celem Sandu jest odblokowanie negocjacji Kiszyniowa z UE.
Co sądzi większość Mołdawian?
Socjolożka Tatiana Cojocari tłumaczy, że referendum w sprawie zjednoczenia z Rumunią w obecnej sytuacji zakończyłoby się niepowodzeniem, ponieważ idea ta nie cieszy się poparciem nawet połowy mieszkańców Mołdawii. Jednocześnie Cojocari zauważa, że poparcie dla zjednoczenia rośnie. „W październiku 2016 r. zaledwie 15,6 proc. ankietowanych deklarowało, że poparłoby zjednoczenie w referendum. Dzisiaj ta liczba jest ponad dwa razy większa i wynosi 33,4 proc.” – mówi socjolożka.
Dane statystyczne wskazują na wyraźny trend wzrostowy, do którego przyczynia się kilka czynników strukturalnych. Po pierwsze, poziom życia w Rumunii jest znacznie wyższy niż w Mołdawii, a różnica w wynagrodzeniach wynosi średnio ok. tysiąca euro.
Innym ważnym czynnikiem jest konsekwentne poparcie, którego Rumunia udziela Mołdawii od momentu swojego przystąpienia do UE w 2007 r. W tym czasie Bukareszt traktował Mołdawię jako swój priorytet strategiczny, zapewniając bardzo konkretną pomoc oraz inwestycje w infrastrukturę, edukację i programy socjalne. Podczas kryzysu energetycznego w 2025 r., po tym jak rosyjski Gazprom wstrzymał dostawy gazu dla Mołdawii (precyzyjniej – dla separatystycznego Naddniestrza, skąd następnie prawobrzeżna Mołdawia kupowała energię elektryczną – red.), Rumunia rozpoczęła dostawy energii elektrycznej po obniżonej cenie, by zrekompensować utratę subsydiowanej rosyjskiej energii i pomóc w ustabilizowaniu systemu energetycznego kraju. W sytuacji napięć geopolitycznych takie gesty dobrej woli ze strony Rumunii wzmacniają sympatię Mołdawian wobec sąsiada.
Walka o umysły
Oba kraje łączy jednak złożona kwestia tożsamości – tłumaczy Mihai Turcanu, doktor historii na Mołdawskim Uniwersytecie Państwowym. Podczas II wojny światowej terytorium dzisiejszej Mołdawii zostało oddzielone od Królestwa Rumunii przez wojska sowieckie, a władze ZSRR konsekwentnie promowały w Mołdawii „własną” tożsamość wśród miejscowej ludności, odrębną od rumuńskiej. Proces ten, określany jako mołdawianizm, promował ideę, że Mołdawianie i Rumuni to dwa oddzielne narody. Przejawem tej polityki było stworzenie tzw. języka mołdawskiego, zapisywanego cyrylicą.
Historyk zaznacza jednak, że sytuacja stopniowo zaczyna się zmieniać. „Ludzie więcej podróżują, zgłębiają historię komunizmu i mają bezpośredni kontakt z przestrzenią europejską. Świadomość językowa i kulturowa rośnie, a wpływy ideologii sowieckiej stopniowo słabną. W rezultacie obywatele są mniej podatni na manipulacje oparte na przestarzałych stereotypach kulturowych” – podkreśla Turcanu.
Rosja tymczasem nie przestaje zabiegać o swoje wpływy w Mołdawii. Mihai Avasiloaie, redaktor naczelny kampanii walki z dezinformacją STOP FALS!, uruchomionej przez Niezależne Stowarzyszenie Prasowe, podkreśla, że dla Moskwy kluczowe jest, by Mołdawianie nie patrzyli przychylnie na ideę zjednoczenia z Rumunią. Taki rozwój sytuacji stanowiłby poważny cios dla wysiłków Kremla na rzecz utrzymania wpływów na tym terytorium. Główne narracje Rosji i jej zwolenników koncentrują się wokół rzekomej groźby „utraty państwowości”, „aneksji” przez inne państwo, nieuchronnej dyskryminacji ludności Mołdawii przez „Wielką Rumunię” oraz utraty odrębnej „mołdawskiej tożsamości” i „języka mołdawskiego” – konstruktów wywodzących się z okresu sowieckiego. Avasiloaie podkreśla, że te narracje odwołują się do emocji i czasami mogą skutecznie rezonować w dużej części społeczeństwa.
A co na to Rumunia?
Reagując na wypowiedź Sandu, prezydent Rumunii Nicușor Dan oświadczył, że Bukareszt szanuje suwerenność Mołdawii i podkreślił, że każda decyzja – włącznie z ewentualnym referendum w sprawie zjednoczenia – powinna zależeć wyłącznie od woli obywateli. Zwrócił uwagę, że większość Mołdawian jest obecnie skupiona na integracji europejskiej i że Bukareszt jest gotów poprzeć każdy wybór wyrażony w sposób demokratyczny.
Warto przypomnieć, że w 2018 r. parlament Rumunii uchwalił symboliczną deklarację wyrażającą gotowość do zjednoczenia, jeśli obywatele Mołdawii demokratycznie dokonają takiego wyboru. Uchwała głosi, że Rumunia uszanuje wolę obywateli Mołdawii i podejmie odpowiednie działania, jeśli taka decyzja zapadnie w referendum. Tym samym odpowiedzialność za ewentualne zjednoczenie została przerzucona na barki mołdawskich wyborców.
Pavel Vintila odnotowuje, że poparcie dla zjednoczenia w Rumunii w ostatnich latach spadło z ok. 70 proc. do mniej więcej 55 proc., ale tamtejsi politycy są zdania, że ten konsensus może ponownie się wzmocnić, jeśli pojawi się jasna potrzeba polityczna lub kontekst strategiczny. Jego zdaniem jako członek struktur euroatlantyckich Rumunia musi szukać szerokiego konsensusu. Gdy go brakuje, Bukareszt wybiera raczej strategię cierpliwości i stopniowego umacniania pozycji Mołdawii poza orbitą Rosji – przy poparciu UE i Stanów Zjednoczonych – niż gwałtowne działania, które mogłyby wywołać negatywne konsekwencje.
Można zatem powiedzieć, że o ile nie dojdzie do istotnych zmian geopolitycznych na mapie Europy albo radykalnej zmiany trajektorii przedłużającej się wojny Rosji przeciwko Ukrainie, Rumunia będzie prawdopodobnie unikać inicjatyw, które mogłyby jeszcze bardziej zdestabilizować i tak napiętą sytuację w regionie, i będzie w dalszym ciągu popierać zarówno Ukrainę, jak i Mołdawię w ramach trwającego procesu eurointegracji.