Mołdawskie społeczeństwo jest podzielone pod wieloma względami i w spojrzeniu na wiele spraw. Nazywam je „przeklętymi kwestiami Mołdawian” – tożsamość, nazwa języka, nazwa przedmiotu „historia” nauczanego w szkołach i na uniwersytetach. Jesteśmy również podzieleni co do interpretacji wydarzeń z przeszłości.

W szczególności dzielą nas wydarzenia, które miały przełomowe znaczenie dla historii naszego kraju: 1812 r. – czy była to „aneksja”, czy „przyłączenie” Besarabii do Rosji? A rok 1940 – „wyzwolenie” czy „okupacja” Besarabii przez Armię Czerwoną? Trzeba zaznaczyć, że po 24 lutego 2022 r. (rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę) argumenty zwolenników „przyłączenia” z 1812 r. i „wyzwolenia” w 1940 r. brzmią mało przekonująco.

Podobnie jak większość krajów postsocjalistycznych (Europy Środkowej i Wschodniej) jesteśmy podzieleni wobec dwóch straszliwych katastrof społecznych XX wieku – represji sowieckich oraz Holokaustu. Po rozpadzie ZSRR w Mołdawii (dawnej Mołdawskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, MSRR) zaczęły się pojawiać najpierw materiały publicystyczne i dziennikarskie, ustne świadectwa ocalałych ofiar, a później – monografie i zbiory dokumentów. Holokaust pozostawał jednak tematem, którego zarówno środowiska dziennikarskie, jak i naukowe raczej unikały. Sytuacja zmieniła się w ostatnich latach, lecz niezbyt znacząco. Do tego tematu wrócimy niżej.

Politykę historyczną państwa mołdawskiego w całym okresie niepodległości można określić jako politykę zorientowaną na powrót do utraconego „złotego wieku”, do rumuńskiego okresu Besarabii[1], kiedy – według autorów tej wizji – wszystko „oddychało rumuńskością”, myślało i działało po rumuńsku[2]. Stąd „rumunizacja” edukacji humanistycznej w naszym kraju. Od momentu ogłoszenia niepodległości po dziś dzień (z wyjątkiem krótkiego okresu) historia narodowa nauczana w szkołach i na uniwersytetach nazywa się „Historią Rumunów”.

Mołdawia jest jedynym krajem wśród państw członkowskich Rady Europy, w którym nazwa dyscypliny historycznej odwołuje się do jednej z grup etnicznych. Wyniki ostatniego spisu powszechnego (2024 r.) pokazują, że osoby identyfikujące się jako Rumuni stanowią zaledwie 7 proc. społeczeństwa. Większość stanowią Mołdawianie – tak określiło swoją narodowość 78 proc. badanych.

Dzieje się tak dlatego, że po rozpadzie ZSRR i ogłoszeniu niepodległości w Mołdawii – w odróżnieniu od innych krajów, które wyzwoliły się spod panowania Moskwy – zaczęto realizować nie projekt demokratycznego rozwoju w nowych warunkach społeczno-gospodarczych, lecz tzw. projekt „rumuńskiego odrodzenia narodowego”. W jego ramach „naturalniejsze” było nauczanie nie historii Mołdawii czy po prostu historii, lecz – Historii Rumunów.

Zideologizowaną „Historię ZSRR” z czasów sowieckich zastąpiła inna zideologizowana narracja – „Historia Rumunów”. To znów uproszczenie, które nieuchronnie prowadzi do totalitarnego myślenia i zachowań, w tym do wykluczania innych grup etnicznych z narodu mołdawskiego (czy wręcz włączania go w „naród rumuński” w ujęciu kiszyniowskich „rumuńskich patriotów”). Nie jest to sytuacja nieszkodliwa. Nie jest też nieszkodliwa polityka historyczna państwa, która w niektórych aspektach trwa do dziś.

Biorąc pod uwagę dane wszystkich spisów powszechnych minionych dekad, w tym spisu z 2024 r., można z pełnym przekonaniem stwierdzić, że polityka „rumunizacji” Mołdawii zakończyła się fiaskiem.

To zamieszanie w głowach (w szkole mówi się jedno, w domu, w rodzinie czy na ulicy – coś innego) w dużej mierze tłumaczy brak poczucia jedności narodowej w Mołdawii, dezorientację w kwestii tożsamości oraz „nieprzywiązanie” do ojczyzny, co – obok innych czynników – jest jedną z przyczyn masowego odpływu ludności z kraju.

Czy istnieje alternatywa? Tak. Jest nią budowa demokratycznego, europejskiego państwa, opartego na mołdawskiej tożsamości jego mieszkańców. Projekt ten przewiduje definiowanie tożsamości narodowej w oparciu o obywatelstwo (naród obywatelski), pozostawiając etniczne samookreślenie sprawą prywatną, wręcz intymną. Taki projekt odchodzi od anachronicznego modelu budowania narodu opartego na etniczności, „krwi” itd., pozwalając włączyć do narodu wszystkich obywateli. Wszyscy jesteśmy Mołdawianami, choć różnego pochodzenia etnicznego. To idea prosta i w swej istocie europejska.

Projekt ten można określić jako „mołdawsko-europejski”. Pojęcie „mołdawianizmu” zostało zdyskredytowane przez tych, którzy – promując ideę zachowania i rozwoju mołdawskiej państwowości – niezmiennie wiązali ją z sowiecką przeszłością kraju lub ze strategicznym partnerstwem z Rosją. „Mołdawianizm” trzeba albo zrehabilitować, albo zastąpić innym terminem. Współczesna mołdawska tożsamość europejska, której elementy coraz wyraźniej ujawniają się w rzeczywistości kraju, ma charakter hybrydowy (kompromisowy): tożsamość – mołdawska, język – rumuński. Polityka historyczna państwa powinna sprzyjać konsolidacji właśnie tej drogi rozwoju.

Obecnie w Mołdawii trwa skandal związany z treścią podręcznika „Historia Rumunów i historia powszechna” dla klasy 12. W publikacji tej wybielana jest rola zbrodniarza wojennego Iona Antonescu w masowej zagładzie Żydów podczas II wojny światowej, także na terytorium naszego kraju. Pomimo krytyki wewnętrznej oraz dwóch bardzo krytycznych ekspertyz – z instytucji Yad Vashem i Instytutu Eliego Wiesela w Bukareszcie – rząd nie wycofuje podręcznika ze szkół. Na takich podstawach trudno kształtować demokratyczną tożsamość uczniów.

W czerwcu 2025 r. w Kiszyniowie, pod egidą Ministerstwa Kultury, Ministerstwa Edukacji i Badań oraz Instytutu Historii Mołdawskiego Uniwersytetu Państwowego, zorganizowano pierwszy Kongres Pamięci. Inicjatywa ta zasługuje na uznanie – stanowi wyraz przemyślanej polityki historycznej, która pozwala wyciągać wnioski z przeszłości i zapobiega instrumentalizacji historii w celach partyjnych czy innych.

Podczas kongresu mówiono jednak wyłącznie o zachowaniu pamięci o ofiarach komunistycznego reżimu totalitarnego w Mołdawii. O ofiarach Holokaustu nie powiedziano ani słowa. Ponieważ kongres odbywał się pod auspicjami rządu, do społeczeństwa wysłano jednoznaczny sygnał: państwo wybiórczo traktuje przeszłość – to pamiętamy, tego nie pamiętamy. Takie podejście nie sprzyja zasypywaniu podziałów w mołdawskim społeczeństwie, a ryzyko instrumentalizacji historii jest ogromne.

Gwoli sprawiedliwości należy odnotować, że w 2016 r. parlament Mołdawii przyjął deklarację, w której uznał Raport Międzynarodowej Komisji Eliego Wiesela o odpowiedzialności Rumunii za Holokaust na jej terytorium (2004 r.), a od 2017 r. rząd co cztery lata przyjmuje Plan działań na rzecz zachowania pamięci o ofiarach Holokaustu. Wszystko to odbywa się jednak pod presją społeczności międzynarodowej, a wspomniane plany mają raczej charakter formalny. Wystarczy powiedzieć, że przez cały okres niepodległości państwo nie postawiło ani jednego pomnika czy tablicy pamiątkowej w miejscach związanych z zagładą Żydów i Romów podczas II wojny światowej.

Dlaczego tyle uwagi poświęcam tym dwóm tematom? Historia tych dwóch tragedii – represji sowieckich i Holokaustu – które wydarzyły się z naszym udziałem i na naszym terytorium, może służyć kształtowaniu demokratycznej tożsamości mieszkańców Mołdawii. „Never again! / Nigdy więcej!” – przemilczanie jednej z tych tragedii temu nie sprzyja, podobnie jak nie sprzyja pokojowi i porozumieniu społecznemu.

Mołdawianie chcą widzieć siebie w przeszłości albo jako bohaterów (zwycięstwa Stefana Wielkiego), albo jako ofiary (represje stalinowskie). Niestety, w przeszłości bywaliśmy także kimś innym – współsprawcami strasznych zbrodni, jak w przypadku Holokaustu. Trzeba to przyznać i trzeba o tym mówić. Własną przeszłość należy przyjmować taką, jaka była naprawdę. To tym ważniejsze dziś, gdy Mołdawia przygotowuje się do wstąpienia do Unii Europejskiej – rodziny europejskich demokracji.

Alexei Tulbure jest dyrektorem Mołdawskiego Instytutu Historii Mówionej, komentatorem politycznym, byłym ambasadorem Mołdawii przy Radzie Europy (2002–2006) i przy ONZ (2006–2008).

Tłumaczyła Justyna Prus