Swoje relacje nazywają „świętymi”, a siebie nawzajem – „braćmi”. Historia aliansu Władimira Putina i Alaksandra Łukaszenki nie jest jednak kroniką szczerej przyjaźni, a opowieścią o szantażu, niespełnionych ambicjach imperialnych i strachu przed utratą władzy.
Jak dyrektor sowchozu, który marzył o tronie na Kremlu, przekształcił się w wasala, dla którego Putin stał się jedynym gwarantem przetrwania?
Dzisiaj, kiedy Mińsk i Moskwa wspólnie rzucają wyzwanie cywilizowanemu światu, wydaje się, że ich sojusz jest niewzruszony. Alaksandr Łukaszenka zapewnia, że jego relacje z Władimirem Putinem są bardzo bliskie, i wieszczy, że w przyszłości będą ramię w ramię „odpierać ostrzały, nawzajem się osłaniając”.
Ta idylla jest jednak złudzeniem. Za fasadą państwa związkowego Rosji i Białorusi kryje się historia ponad dwudziestoletniej walki, w której jeden stara się połknąć, a drugi – wyślizgnąć się ze śmiertelnego uścisku. W efekcie Łukaszenka znalazł się w klatce, do której klucze ma w kieszeni starszy „brat”.
Niedoszły car
W połowie lat 90. ubiegłego stulecia Alaksandr Łukaszenka wcale nie planował być wiecznym młodszym bratem Rosji. Na tle chorego, tracącego popularność Borysa Jelcyna młody i agresywny białoruski lider wielu Rosjanom wydawał się atrakcyjną alternatywą. Łukaszenka, którego na Zachodzie już wtedy zaczęto nazywać ostatnim dyktatorem Europy, traktował Mińsk wyłącznie jako trampolinę. Jego ambicje sięgały znacznie wyżej i dalej – aż do wież Kremla.
Pierwszy rzecznik prasowy Łukaszenki – Alaksandr Fiaduta – w swojej książce „Łukaszenka. Biografia polityczna” wspomina, jak w tamtych czasach w otoczeniu pierwszego prezydenta Białorusi krążyły idee dotyczące czapki Monomacha (carskiego insygnium). Jeden z doradców polityka, Leanid Sinicyn, przyznawał: „Rozumiałem, że jeśli Łukaszenka dostałby szansę, to z pewnością mógłby wygrać w Rosji”.
Łukaszenka zręcznie grał na nostalgii Jelcyna i jego poczuciu winy za rozpad ZSRR. Zachowywał się jak następca, który wyczekuje momentu, gdy schorowany przywódca Rosji zwolni tron. „Przyjechałem do mojej stolicy! Do mojej Moskwy!” – mówił po swojej pierwszej wizycie w Rosji (cytaty za książką Fiaduty).
Jednak u progu nowego tysiąclecia historia dokonała ostrego zakrętu. Jelcyn wybrał następcę – został nim nie charyzmatyczny przewodniczący białoruskiego kołchozu, lecz niepozorny pułkownik KGB Władimir Putin. Od tego momentu marzenie Łukaszenki o rosyjskim tronie zaczęło blaknąć, ustępując miejsca walce o utrzymanie choćby tej władzy, którą już posiadał.
Muchy, kotlety i zimny prysznic
Władimir Putin, pragmatyk i technokrata z tajnych służb, kardynalnie różnił się od emocjonalnego Jelcyna. „Chemii” pomiędzy nim a Łukaszenką nie było od samego początku. Rosyjski prezydent szybko dał do zrozumienia, że czas braterskich pocałunków w zamian za puste obietnice bezpowrotnie przeminął.
Pierwszy poważny kryzys nastąpił w 2002 r. Putin zaproponował wówczas model integracji, który faktycznie oznaczał inkorporację Białorusi przez Rosję (wejście w skład Federacji Rosyjskiej jako siedem obwodów) lub – w wariancie alternatywnym – stworzenie ponadnarodowego państwa, czegoś w rodzaju UE, ale ze wspólną walutą (i bankiem centralnym w Moskwie) oraz rosyjskim prawem. W języku Kremla brzmiało to brutalnie: „Kotlety – oddzielnie, muchy – oddzielnie”.
Dla Łukaszenki była to zniewaga. On, który przywykł do uważania siebie za równego kremlowskim gospodarzom, usłyszał propozycję objęcia funkcji gubernatora Kraju Północno-Zachodniego Rosji.
„Nawet Lenin i Stalin nie myśleli o rozbiciu republiki i włączeniu jej do ZSRR” – oburzał się wówczas.
Ropa za pocałunki
Pomimo osobistej niechęci Łukaszenki do Putina pierwsza dekada XXI wieku okazała się dla jego reżimu łaskawa. Wysokie ceny ropy pozwalały Kremlowi subsydiować białoruską gospodarkę w zamian za geopolityczną lojalność. Mińsk dostawał surowce po cenach znacznie niższych niż rynkowe, rafinował tanią rosyjską ropę i sprzedawał ją na Zachód, zarabiając na różnicy cen.
Putin żądał jednak zapłaty – nie tylko politycznej, ale i gospodarczej. Kreml nalegał na prywatyzację białoruskich aktywów, w szczególności systemu transportu gazu. Za każdym razem, gdy Mińsk stawiał opór, Moskwa zakręcała kurek. Wojny gazowe i naftowe stały się rutyną.
W szczytowym momencie jednego z takich kryzysów Łukaszenka rzucił frazę, która stała się sloganem: „Na razie trwa szantaż, ale jeśli oni nadal będą go stosować, to pójdziemy do ziemianek, ale szantażowi nie ulegniemy”.
Swoją drogą, nikt na Białorusi do ziemianek nie poszedł. Łukaszenka raz za razem ustępował, oddając po kawałku białoruską suwerenność gospodarczą (jak w przypadku sprzedaży Biełtransgazu – państwowego koncernu odpowiadającego za przesył i dystrybucję gazu), by zachować władzę.
„Baćka chrzestny”
Kryzys zaufania osiągnął apogeum w 2010 r. Wówczas rosyjskie kanały telewizyjne, które bez przeszkód nadawały na Białorusi, ruszyły do bezprecedensowego ataku na Łukaszenkę. Rosyjska stacja NTV, należąca do Gazpromu, wyemitowała serial dokumentalny „Baćka chrzestny” (białoruskie słowo baćka oznacza „ojca”; to ulubiony przydomek Łukaszenki – red.), w którym oskarżała białoruskiego przywódcę o porwania oponentów politycznych i zapędy dyktatorskie.
Łukaszenka wściekał się i oskarżał o „zamówienie” filmu osobiście ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa. Twierdził, że ekipa Miedwiediewa (który przez jedną kadencję „strzegł tronu” dla Władimira Putina – red.) chce go zniszczyć.
Wielu uważało wówczas, że Kreml postanowił na poważnie doprowadzić do zmiany władzy na Białorusi. Rosyjscy stratedzy opracowywali nawet koncepcję „imperium liberalnego”, w którym Białorusi przypadała rola gospodarczego zaplecza, skazanego na wchłonięcie poprzez prywatyzację aktywów. Anatolij Czubajs mówił otwarcie, że integracja jest możliwa tylko „poprzez włączenie w skład Rosji”.
Ostatecznie zwyciężył pragmatyzm. Przed wyborami prezydenckimi w 2010 r. Moskwa i Mińsk ponownie osiągnęły porozumienie. Łukaszenka obiecał integrację, Rosja wycofała cła. Protesty po tamtych wyborach zostały brutalnie stłumione, a Putin znów stał się jedynym sojusznikiem.
Iluzja odwilży i klęska 2020 r.
Aneksja Krymu i wojna w Donbasie w 2014 r. przestraszyły Łukaszenkę. Zobaczył, że „ruski mir” przyjeżdża czołgami, i zaczął prowadzić politykę pozwalającą mu zdystansować się od Moskwy. Białoruś nie uznała aneksji Krymu, stała się miejscem negocjacji w sprawie „uregulowania konfliktu” i rozpoczęła ostrożny dryf w stronę Zachodu.
Ten okres miękkiej białorutenizacji i względnej liberalizacji gospodarczej doprowadził do konsekwencji, których reżim się nie spodziewał. W kraju prężnie zaczął rozwijać się biznes prywatny, ukształtowała się klasa kreatywna i społeczeństwo obywatelskie zorientowane na interesy narodowe. To właśnie ci ludzie wyszli na ulice w 2020 r., żądając przemian w kraju.
Kampania prezydencka w 2020 r. rozpoczynała się pod znakiem retoryki antyrosyjskiej. Łukaszenka oskarżał Gazprom i rosyjskich oligarchów o sponsorowanie opozycji, a zatrzymanie (niedługo przed wyborami) najemników z Grupy Wagnera nieopodal Mińska przedstawiano jako dowód na przygotowywany przez Rosję spisek mający na celu przewrót w kraju. Łukaszenka twierdził, że przeciwko niemu działają „marionetkarze” z Rosji.
Jednak gdy tylko reżim zaczął się chwiać pod naporem setek tysięcy protestujących, cała antyrosyjska brawura błyskawicznie wyparowała. Łukaszenka rzucił się prosić o pomoc tego, którego jeszcze wczoraj wskazywał jako zagrożenie. I Putin mu tę pomoc dał. Ogłosił utworzenie rezerwy sił bezpieczeństwa, aby wesprzeć białoruski reżim, i wspomógł finansowo słabnącą gospodarkę.
Autocracy Inc.: finał
Po 2020 r. suwerenność Białorusi stała się fikcją. Łukaszenka stał się idealnym przykładem tego, co Anne Applebaum nazywa „Autocracy Inc.” Dyktatorzy pomagają sobie nawzajem nie z sympatii, ale po to, by przeżyć.
Cenę za ratunek w 2020 r. Łukaszenka zapłacił w lutym 2022 r., gdy Białoruś stała się pasem startowym rosyjskiej agresji na Ukrainę. Łukaszenka, który przez lata przysięgał, że z białoruskiej ziemi nigdy nie przyjdzie wojna, udostępnił terytorium dla rosyjskich czołgów jadących na Kijów.
Dzisiaj stosunki Putina i Łukaszenki to alians skazanych na siebie nawzajem. Mińsk nie ma już przestrzeni manewru – mosty z Zachodem zostały spalone, gospodarka jest uzależniona od rosyjskiej ropy i gazu, a doktryna wojenna została dostosowana do potrzeb Moskwy. Wspomniana przez Łukaszenkę gotowość do wspólnego odpierania ataków wroga nie jest już metaforą braterskości, lecz przyznaniem, że wraz z Putinem zostali zagnani do tego samego bunkra. Wyjście z niego może być tylko jedno.