Moskwa – stolica Rosji, która chce być jak inne światowe metropolie. Migające światła, dostępność wszystkiego, gigantyczny budżet, przewyższający budżety niektórych państw europejskich.
To imperium w miniaturze – grzybnia, która wysysa soki z całej Rosji i krępuje ją, nie pozwalając regionom nawet marzyć o realnej autonomii.
Moskwa to witryna Rosji – jej „wystawowa” wersja. Gigantyczne miasto pełne świateł, które nigdy nie śpi. Tak na początku XX wieku zachwyceni Europejczycy opisywali Nowy Jork. „Ma wszystko, czego dusza zapragnie” – wystarczy sięgnąć po nostalgiczne wspomnienia części rosyjskich emigrantów z ostatnich lat, piszących o stolicy kraju.
Nawet poza granicami Rosji znane jest powiedzonko: „Jakże wypiękniała Moskwa przy Siergieju Sobianinie” (obecnym merze, dawniej szefie administracji Władimira Putina). Kiedyś był to szczery komplement – Sobianin rzeczywiście uchodził za „sprawnego gospodarza”. Dziś to już wyłącznie sarkastyczny mem, przywoływany, gdy po raz kolejny coś idzie „nie tak”.
Moskwa to miasto z jednym z największych budżetów na świecie – większym niż zasoby finansowe niektórych państw Europy. I jednocześnie imperium w miniaturze: jego dusza, centrum grzybni, która wyciąga z Rosji soki i krępuje ją, nie pozwalając peryferiom nawet marzyć o realnej autonomii.
Grzybnia imienia Lenina
„Lenin to grzyb” – poza Rosją mało kto kojarzy ten „koncept”, dobrze znany wśród wykształconych Rosjan. Była to jedna z największych mistyfikacji – albo, używając dzisiejszego języka, teorii konspiracyjnych – w historii radzieckiej telewizji. Wymyślili ją nieżyjący już kompozytor i utalentowany muzyk Siergiej Kuriochin (w późniejszych latach związany z imperialistycznym pseudofilozofem Aleksandrem Duginem) oraz dziennikarz Siergiej Szołochow.
W 1991 roku, w popularnym programie telewizyjnym „Piąte koło”, Kuriochin „udowadniał” metodami naukowymi, że główny rosyjski rewolucjonista był grzybem. Wówczas ta alegoria brzmiała jak postmodernistyczny żart.
Swoją drogą to właśnie Lenin przeniósł stolicę Rosji (ZSRR formalnie jeszcze wtedy nie istniał) z Petersburga do Moskwy. Gdy Rosja rozpoczęła pełnoskalową agresję na Ukrainę, propaganda – idąc za Władimirem Putinem – powtarzała, że powstanie współczesnej Ukrainy było „błędem Lenina”. Jednocześnie okupanci odbudowywali w zajętych miastach pomniki Lenina i inne radzieckie symbole.
Żartowaliśmy wówczas z zaprzyjaźnioną dziennikarką z Kijowa, że właśnie tak działa kremlowska grzybnia: zlokalizowana w mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym, odbudowuje system kontroli nad terytoriami, który w czasach sowieckich utrzymywał się dzięki „promieniowaniu” pomników-grzybów.
Ten gorzki żart – w stylu historii o płaskiej Ziemi i rządzących światem jaszczuroludziach – ma jednak mocne zakorzenienie w rzeczywistości.
Krojenie budżetu
Po upadku ZSRR Rosja, która nawet w jego ramach formalnie była republiką federacyjną, przez krótki czas próbowała stać się rzeczywistą federacją. Pierwszy i jedyny w miarę demokratycznie wybrany prezydent Rosji, Borys Jelcyn, ryzykował nawet pełny rozpad kraju, rozszerzając suwerenność regionów. Zachęcał je, by brały jej „tyle, ile zdołają przełknąć”.
Po dojściu do władzy Władimira Putina proces ten szybko się odwrócił. Zaczęto systematycznie ograniczać gospodarczą i polityczną autonomię podmiotów federacji. Utworzono – na wzór francuskich prefektur – niekonstytucyjną instytucję pełnomocników prezydenta w regionach. Gubernatorzy, wówczas jeszcze wybierani w wyborach, zostali podporządkowani Kremlowi. Z czasem bezpośrednie wybory szefów regionów całkowicie zniesiono. Choć formalnie istnieją procedury regionalne, o ich losie decyduje de facto sam Putin.
Na polu gospodarczym Aleksiej Kudrin – przyjaciel Putina i przez lata uznawany na Zachodzie za „najlepszego ministra finansów Europy Wschodniej” – wprowadził tzw. zasadę budżetową. Mechanizm ten pozwalał odebrać regionom większość dochodów podatkowych, by następnie zwrócić ich część w formie dotacji, uzależnionych od pełnej lojalności wobec centrum.
Największe firmy w „dobrowolno-przymusowym” trybie przenosiły swoje siedziby do Moskwy, by tam płacić podatki. Ściągalność wzrosła, lecz lwia część dochodu narodowego zaczęła osiadać w stolicy.
Przeszkoda dla rozwoju
Za pieniędzmi poszli ludzie. Jeszcze w czasach radzieckich wielu mieszkańców ZSRR marzyło o przeprowadzce do stolicy, choć administracyjnie było to niemal niemożliwe. Zdobycie moskiewskiego meldunku wymagało często fikcyjnych małżeństw i innych „alpejskich kombinacji”.
Już wtedy panowało przekonanie, że poziom życia w stolicy jest nieproporcjonalnie wyższy niż poza nią. W nowej Rosji wszystko stało się „kwestią kasy”. Moskwa zaczęła puchnąć także od prywatnego kapitału. Biznesy z regionów migrowały do stolicy, a za właścicielami podążali menadżerowie i specjaliści. Nawet w porównaniu z Petersburgiem dochody w Moskwie były niemal dwukrotnie wyższe.
W pierwszej dekadzie XXI wieku można było jeszcze mówić o wyspowej globalizacji: pojedyncze ośrodki funkcjonowały na światowym poziomie, reszta kraju rzekomo „nadganiała”. Jednak pod koniec prezydentury Dmitrija Miedwiediewa stało się jasne, że dawny format imperialny został zachowany.
Moskwa – niczym pająk w centrum pajęczyny – nie wspierała rozwoju regionów, lecz odbierała im zasoby: finansowe, ludzkie i intelektualne. Uczelnie w stolicy otrzymywały wielokrotnie wyższe finansowanie niż regionalne, często po prostu je wchłaniając. Najlepsi studenci i wykładowcy migrowali do Moskwy, co ułatwiało władzom podporządkowanie świata akademickiego.
Państwo w państwie
Wpływy Moskwy jako samodzielnego ośrodka władzy tylko rosły. Mer Siergiej Sobianin stał się jednym z najpotężniejszych aktorów politycznych w Rosji – pod względem realnych możliwości często dorównując premierowi. Jego ludzie przeniknęli aparat państwowy, a część gubernatorów można uznać za jego politycznych protegowanych.
Rozrastająca się stolica stała się gigantycznym placem budowy. Powstawały ogromne osiedla – „czełowiejniki”, ludzkie mrowiska mieszczące tysiące osób. Celem nie była jakość życia, lecz utrzymanie systemu pasożytowania na reszcie kraju, gwarantującego zależność regionów i ich elit od Kremla.
Gasnąca witryna
Jako okno wystawowe Moskwa zaczęła szybko blednąć w 2025 roku. Jedna po drugiej gasną lampki w girlandzie. Choć pieniędzy w budżecie nadal jest dużo, rekordowa liczba barów i restauracji – większa niż w czasie pandemii – została zamknięta.
„Najlepszy na świecie” system niemal bezpłatnych dostaw, oparty na pracy migrantów, przestał działać jak szwajcarski zegarek. Wojna wymusza ograniczenia internetu mobilnego, zakłócenia GPS i inne środki bezpieczeństwa.
Moskwa pozostaje droga, ale ceny wciąż usprawiedliwia się dostępnością usług 24/7. Tymczasem jej kluczowa funkcja nie polega na byciu witryną dla świata, lecz na wewnętrznym mechanizmie ucisku i podziału.
I właśnie tę funkcję – pasożytniczą, imperialną – będą wzmacniać zarówno sama Moskwa, jak i Kreml. Bo ten odkurzacz, wysysający krew z Rosji i krajów sąsiednich, stanowi istotę obecnego rosyjskiego reżimu.