Ormianie wiedzą, ile kosztuje uzależnienie energetyczne, bo przeżyli jego najgorszą wersję. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, na początku lat 90. ubiegłego wieku, dwa sąsiednie państwa – Azerbejdżan i Turcja zamknęły swoje granice, a paliwo, które napędzało kraj, przestało płynąć. Ogrzewanie wyłączano na całe zimy. Prąd pojawiał się tylko na kilka godzin w ciągu dnia. Ludzie palili własne meble i wycinali drzewa w parkach, by przetrwać chłody. Równolegle waliła się gospodarka – w ciągu kilku krótkich lat produkcja krajowa spadła o ponad połowę. Pamięć o tych wydarzeniach jest ciągle obecna i to właśnie dlatego każdej poważnej rozmowie o armeńskiej energii powraca jedno słowo: uzależnienie.

Jak Armenia znalazła się w tym miejscu? 

Zależność to słowo, którym szasta się na prawo i lewo, dlatego warto precyzyjnie wyjaśnić, co oznacza ono w tym konkretnym przypadku. By zmierzyć, jak bardzo Armenia jest wrażliwa, należy spojrzeć, jak sama produkuje własną energię elektryczną, bo odpowiedź ma cztery części i każda z nich niesie ze sobą inne ryzyko. 

Najbezpieczniejszym elementem systemu jest hydroenergetyka, czyli produkcja prądu z energii wodnej. Armenia zbudowała swoje elektrownie dekady temu na własnych rzekach. Są to przede wszystkim duże kaskady na Worotanie i Hrazdanie, wspierane przez około 189 małych prywatnych elektrowni rozsianych po całym kraju, które razem mają moc około 389 megawatów. To jedyny komponent, który nie jest zależny od nikogo za granicami kraju. Jego słabością jest sezonowość. Rzeki wzbierają wiosną, gdy topnieją górskie śniegi, ale latem, gdy jest sucho, poziom wody się obniża. Oznacza to, że własne źródła energii mogą w ciągu dnia pokryć zaledwie jedną trzecią potrzeb. Ten system jest uzależniony od przyrody i nie działa na zawołanie. 

Większa i bardziej stabilna porcja energii pochodzi z jedynego reaktora jądrowego w Mecamor, na zachód od stolicy. Dostarcza on ok. jednej trzeciej energii elektrycznej zużywanej w całym kraju, a czasami nawet więcej. Elektrownia jądrowa jest solidna i tania w utrzymaniu i w tym sensie jest tym, czego potrzebuje małe państwo. Jest ona jednak czasowo wyłączana na konserwację i wymianę paliwa na okres od jednego do trzech miesięcy w ciągu roku, a każdy gram paliwa do jej funkcjonowania pochodzi z Rosji. W tym przypadku niezawodność oznacza więc utrzymywanie dobrych relacji z Rosją.

Trzecim komponentem armeńskiego systemu, dostarczającym również ok. jedną trzecią zapotrzebowania, są elektrownie cieplne zasilane gazem. Ten surowiec pochodzi z importu i stanowi on najsłabsze ogniwo w całym łańcuchu. Najnowsza część systemu to energia słoneczna i to źródło zapewnia ok. 15-17 proc. zapotrzebowania krajowego.

Ze zsumowania tych wszystkich elementów wyłania się zarys problemu. Ze względu na to, że reaktor używa rosyjskiego paliwa, a elektrownie cieplne korzystają z gazu importowanego z Rosji, blisko 70 proc. całego prądu, który dociera do armeńskich domów zależy od dostaw z zewnątrz i w przeważającym stopniu są to źródła rosyjskie.

Jak Rosja przejęła kontrolę nad kurkami?

W centrum tego uzależnienia jest gaz. Rosja dostarcza ok. 85 proc. gazu ziemnego zużywanego przez Armenię – w 2025 r. było to ok. 2,7 mld m3. Cena dla Erywania to 177 dol. za tysiąc metrów sześciennych, podczas gdy ceny „rynkowe” dla nabywców w Europie sięgają 600 dol. To właśnie niska cena sprawia, że z gazu rosyjskiego tak trudno jest zrezygnować, zwłaszcza że przekłada się to nie tylko na elektrownie, ale także na odbiorców indywidualnych. Ok. 93 proc. mieszkańców Armenii jest podłączonych do sieci gazowej. Od jednej czwartej do jednej trzeciej zużywanego w kraju gazu jest zużywane przez gospodarstwa domowe. Większość samochodów na armeńskich drogach, ok. 73 proc., jeździ na gaz, ponieważ kosztuje on od 25 do 40 proc. taniej niż benzyna. Nawet fabryki, które produkują żywność – konserwy, nabiał czy soki – używają gazu do ogrzewania swoich obiektów, podobnie jak gospodarstwa domowe. Innymi słowy, zależność ta jest wpleciona w ogrzewanie, gotowanie i transport, a nie skoncentrowana w kilku przemysłowych kominach. 

I chodzi nie tylko o to, kto gaz sprzedaje. W ciężkich latach po odzyskaniu niepodległości, część swoich długów wobec Rosji Armenia spłaciła, oddając jej aktywa energetyczne, a firmy z tego kraju kupowały inne, co w efekcie doprowadziły do tego, że duża część systemu energetycznego trafiła do rosyjskich rąk. Przedsiębiorstwo, które sprzedaje gaz – Gazprom Armenia, jest rosyjskie. Jest ona również właścicielem sieci rurociągów, którymi płynie gaz. Ta sama firma dostarcza surowiec i kontroluje infrastrukturę i ta firma odpowiada przed państwem rosyjskim. Niska cena idzie zatem zawsze w pakiecie z kontrolą. 

Kiedy zależność staje się dźwignią

To, jak szybko ta kontrola może się przerodzić w presję, stało się jasne w 2026 r. Gdy Armenia zrobiła krok, by rozpocząć długi proces eurointegracji, Moskwa natychmiast wysłała ostrzeżenie za pośrednictwem swojego ministra energetyki. W skrócie chodziło o to, że jeśli Armenia będzie nadal dryfować w kierunku Brukseli, to umowa z 2013 r., która zapewnia jej tani gaz paliwo i diamenty (ważnych, m.in. dla przemysłu jubilerskiego - przy. red.) może zostać zawieszona albo rozwiązana. Groźba ta miała swoją wagę, bo Rosja dostarcza nie tylko większość gazu, ale także ponad 60 proc. zużywanych w Armenii paliw i połowę diamentów. Rząd w Erywaniu nie ugiął się, a by uspokoić opinię publiczną krajowy regulator zamroził ceny energii do końca roku, utrzymując cenę dla odbiorców indywidualnych na poziomie 140 dramów (ok. 1,5 zł) za metr sześcienny. 

Do połowy 2026 r. Moskwa nie zrealizowała swoich gróźb, a Kreml złagodził język, nazywając zniżkę „kwestią komercyjną” i sugerując, że do tematu może powrócić. Nacisk osłabł, ale lekcja została zapamiętana. Kraj, który kupuje większość swojej energii od jednego dostawcy, może zostać przez niego dociśnięty, gdy wyłamie się z szeregu. 

Drogi ucieczki, które wciąż pozostają zamknięte

Armenia ma opcje, zna je i o wszystkich dyskutuje. Trudność polega na tym, że każda z nich rozbija się o ścianę i ta ściana w każdym przypadku jest inna. Przyczyny tkwią w geologii, kwestiach finansowych, politycznych, a także – w po prostu zbyt starych przewodach.

Oczywistym sposobem na rozluźnienie rosyjskiego uścisku jest skierowanie się na południe, do Iranu, gigantycznego producenta gazu, z którym graniczy Armenia. Formalnie oba kraje są już połączone. Iran wysyła gaz na granicę, a Armenia produkuje z niego prąd. Erywań płaci nie pieniędzmi, ale właśnie energią elektryczną, odsyłając ją według stawki ok. 3 kilowatogodzin za metr sześcienny gazu. W praktyce jednak ta współpraca ma małą skalę i to nie przez przypadek. Kiedy budowano rurociąg, pod presją Moskwy zmniejszono jego średnicę z 1200 mm do 700 mm. Chodziło o to, by irański gaz nie mógł potencjalnie stać się konkurencją i nawet obecnie zasila on tylko jeden blok należącej do Rosji elektrowni kondensacyjnej Hrazdan. Gaz irański jest też nieco mniej kaloryczny niż rosyjski (7900 kcal na metr sześcienny wobec 8200-8400 kcal w rosyjskim surowcu). Pole do manewru kurczy się także po stronie Iranu, ponieważ jego własne zużycie gazu rośnie, a apetyt na armeńską energię elektryczną może spaść, w miarę jak rozwija on własne moce energetyczne. Irańskie drzwi są zatem tylko uchylone. 

Ta szczelina w drzwiach może się poszerzyć, choć nie szybko. Po wizycie w Teheranie pod koniec lipca 2026 r. armeński minister infrastruktury ogłosił, że oba kraje zgodziły się podwoić wolumen gazu i energii elektrycznej przesyłanych w ramach wymiany barterowej. Haczyk polega na tym, że Armenia nie może wysłać więcej energii elektrycznej na południe bez trzeciej linii wysokiego napięcia do Iranu – projektu ogłoszonego po raz pierwszy w 2010 r. i wciąż niewybudowanego, więc na razie porozumienie to deklaracja polityczna, czekająca na infrastrukturę, a konkretnie - przewody. Kolejne utrudnienie stanowi cena, ponieważ irański gaz sprzedaje się na rynkach międzynarodowych znacznie powyżej rosyjskiej stawki (dla Armenii), docierając do Turcji w cenie około 400 dol. za tysiąc metrów sześciennych, choć Teheran mógłby zaoferować Armenii inne warunki, gdyby tak zdecydował. Cała ta sytuacją jest odbiciem szerszego problemu w miniaturze: wola jest, infrastruktury nie ma, a arytmetyka wciąż sprzyja Moskwie.

Dylemat jądrowy

Energia jądrowa wygląda na stabilniejszy filar i na chwilę obecną rzeczywiście nim jest, chociaż wiąże się z zależnością od Rosji i trudną decyzją, którą Armenia będzie musiała wkrótce podjąć. Jedyny reaktor w Mecamorze został zbudowany w czasach sowieckich i nie może działać wiecznie. Jego żywotność została przedłużona do 2036 r., a przez dużą część 2026 r. był on wyłączony z powodu modernizacji, co było jednym z powodów wzrostu krajowego zużycia gazu. Kiedy Mecamor przejdzie na emeryturę, Armenia będzie musiała go zastąpić i każdy scenariusz będzie kłopotliwy.

Współczesny, pełnowymiarowy reaktor z Rosji miałby moc około tysiąca megawatów, czyli ponad dwa razy większą niż obecne możliwości Mecamoru. Dla Armenii byłoby to więcej niż wynosi zużycie. Koszt takiego obiektu to ok, 4,6-6 mld dol., co dla gospodarki wartej ok. 20 mld byłoby miażdżącym ciężarem, porównywalnym do zaciągnięcia przez niezbyt bogatą rodzinę hipoteki kilkukrotnie większej niż jej roczne dochody. 

Alternatywą mógłby być nowszy typ elektrowni, mały i budowany w modułach, który może zaczynać się od zaledwie 15 megawatów i rozwijać się w miarę możliwości budżetowych. Te małe reaktory mają realne zalety wykraczające znacznie poza samą cenę. Mogą być umieszczane blisko miast, które obsługują, co zmniejsza o ok. 8-12 proc. ilość energii elektrycznej normalnie traconej podczas przesyłania prądu na dużych odległościach oraz pozwalają krajowi zwiększać moc krok po kroku, zamiast stawiać wszystko na jeden gigantyczny projekt.

Technologia małych reaktorów modułowych (SMR) jest jednak słabo sprawdzona w użyciu cywilnym, a pojedynczy blok kosztuje około 1,5 mld dol. Armenia i tak musiałaby importować paliwo, co oznaczałoby dalszą zależność od jego dostawcy. Choć kraj posiada doświadczoną kadrę inżynierów jądrowych, brak im praktyki w obsłudze reaktorów modułowych. Dla państwa zbyt małego, by udźwignąć poważny błąd – jak ujął to jeden z ekspertów – nie jest to decyzja, którą należy podejmować pod wpływem emocji czy polityki. Musi ona opierać się na chłodnej arytmetyce dotyczącej kosztów i dostaw paliwa, a wybór modelu i dostawcy nie jest spodziewany przed 2027 r.

Słońce dało radę, ale sieć nie wytrzymała

Jeśli jest jasna strona tej całej sytuacji, to jest nią słońce. Armenia pozyskuje rocznie około 1720 kWh energii słonecznej na metr kwadratowy instalacji, w porównaniu do ok. 1000 kWh w większości Europy. Ta naturalna przewaga wywołała boom, który wyprzedził plany rządu. Skumulowana moc instalacji słonecznych przekroczyła jeden gigawat pod koniec 2025 r. i osiągnęła około 1,1 GW, z czego około 615 MW dodano w tym jednym roku. Ponad 50 tys. gospodarstw domowych i firm generuje teraz własną energię słoneczną, a małe systemy dachowe i przyzakładowe same w sobie dają łącznie prawie 490 MW. Państwo nie wydało prawie nic, aby to się stało. Hojne przepisy i dobra taryfa uczyniły z paneli mądrą inwestycję prywatną, a ludzie płacili za nie z własnych kieszeni.

Ten szybki wzrost napotkał jednak na ścianę, a konkretnie – na sieć (energetyczną). Energetyka słoneczna pojawiła się w XXI w., podczas gdy armeńska sieć przewodów i podstacji pozostała w XX w. Panele produkują energię w środku dnia, dokładnie wtedy, gdy zapotrzebowanie jest najniższe i nie produkują nic wieczorem, kiedy rodziny wracają do domu i włączają wszystkie sprzęty. Aby chronić starzejący się system oraz duże elektrownie wodne i jądrowe, wokół których został zbudowany, państwo zaczęło wycofywać przywileje, które wcześniej nadało właścicielom instalacji słonecznych. Dotychczasowy układ, w ramach którego gospodarstwo domowe mogło oddawać nadwyżkę dziennej energii do sieci i pobierać ją z powrotem za darmo w nocy, jest stopniowo wygaszany. Jeśli ktoś chce teraz magazynować własne światło słoneczne, musi zainwestować we własne akumulatory.

Magazynowanie energii to brakujący element całego systemu, a nie tylko problem pojedynczych gospodarstw domowych. Armenia stawia tu dopiero pierwsze kroki: prowadzi program pilotażowy i przygotowuje przetarg na budowę wielkoskalowych magazynów bateryjnych o pojemności około 1200 MWh. Jednocześnie analizuje możliwość budowy elektrowni szczytowo-pompowej na Kaskadzie Worotan, gdzie woda byłaby pompowana pod górę w ciągu dnia i uwalniana do produkcji prądu nocą. Dobowe wahania mogłaby zrównoważyć także energetyka wiatrowa, jednak transport ogromnych łopat nowoczesnych turbin po górskich drogach Armenii jest niezwykle trudny. Z tego powodu sektor ten praktycznie jeszcze nie istnieje.

Wysoka cena taniego gazu

Budowa reaktorów energetycznych zajmuje dekadę, a rurociągi wymagają skomplikowanej dyplomacji. Jest dziedzina, w której Armenia mogłaby działać samodzielnie i niezależnie, jednak akurat w tej sprawie robi się najmniej. Chodzi o efektywność energetyczną.

Najdziwniejszą cechą armeńskiego uzależnienia jest to, że kraj sam je pogłębia. Ponieważ rosyjski gaz tak długo był tani, Armenia marnuje ogromną ilość energii. Budynki zużywają znacznie więcej prądu niż np. w Europie, a jedną z przyczyn są właśnie niskie ceny i dopłaty. Gdy energia jest niemal darmowa, mało kto będzie docieplał elewację albo serwisował kocioł. Marnotrawstwo staje się normą i w ten sposób utrzymuje się wysoki popyt na rosyjski gaz. W tym sensie niskie ceny są wrogiem oszczędzania. W Armenii były organizowane pojedyncze programy ocieplania budynków przy wsparciu ONZ i międzynarodowych funduszy klimatycznych, ale ta fala nie rozprzestrzeniła się sama z siebie. Nakłonienie mieszkańców jednego bloku do wyrażenia zgody na wspólną renowację jest w Armenii kulturowo trudne, dlatego niektórzy specjaliści twierdzą, że kraj potrzebuje agencji mieszkaniowej, która działałaby jako pośrednik.

Najgorsza sytuacja jest w szkołach. Z badania, które przeanalizowało sytuację w ok. 1,4 tys. placówek w kraju wynika, że blisko 40 proc. jest niedogrzane. W bogatszej stolicy sytuacja jest lepsza i potrzebne jest oszczędzanie. W wioskach przy granicy sytuacja jest odwrotna, a problemem jest nie wydajność, ale brak ciepła. 

Na ucieczkę potrzeba czasu, a zegar tyka

Sposoby na wyjście z uzależnienia istnieją, ale każdy z nich wymaga lat, niektóre nawet dziesięcioleci. Tymczasem pokusa, by nadal kupować rosyjski gaz, powraca każdej zimy. 

Część ekspertów przekonuje, że uczciwym pierwszym krokiem byłoby uwolnienie cen energii i skonstruowanie jej tak, by uwzględniała koszt ryzyka uzależnienia od jednego dostawcy przy jednoczesnym wsparciu biedniejszych gospodarstw domowych. Takie podejście premiowałoby oszczędzanie i pozwoliłoby generować środki na finansowanie alternatywnych rozwiązań. 

Armenia od lat stara się zastępować ogólne subsydia wsparciem skierowanym do tych, którzy potrzebują go najbardziej, jednak programy te ciągle są słabo rozwinięte.

Reszta to kwestia cierpliwego budowania, w którym nie ma drogi na skróty. Energia, która dziś wydaje się tania, w rzeczywistości po cichu kosztuje nas bardzo wiele, ponieważ jej prawdziwą cenę płaci się niezależnością. Odzyskanie tej kontroli zajmie znacznie więcej czasu niż trwało jej oddanie

Żanna Awagian – jest dziennikarką i prezenterką wideo związaną z niezależną platformą CivilNet w Erywaniu. Jest autorką licznych reportaży, skupiających się głównie na ochronie zdrowia, kwestiach społecznych, polityce oraz sektorze nauki i technologii. Duża część jej pracy to wyjazdy do regionów i wiosek, gdzie „kryją się najciekawsze historie”. Najbardziej zależy jej na ludzkiej stronie opisywanych historii.

Tłumaczyła Justyna Prus (PAP)