Pojęcie Global East pozwala lepiej opisać kraje Kaukazu Południowego, wychodząc poza uproszczone postrzeganie, przedstawiające je jako państwa uwięzione „pomiędzy Wschodem i Zachodem”. Poza opowieść, w której Kaukaz Płd. pozostaje tylko cieniem dawnego imperium albo przedpolem cudzej rywalizacji.
Armenia, Azerbejdżan i Gruzja nie są nieudanymi wersjami Zachodu, niedokończonymi demokracjami ani wyłącznie państwami wyrywanymi z rosyjskiej orbity. Działają w warunkach ograniczonej sprawczości, potrafią wykorzystywać reguły narzucone przez silniejszych, omijać i czasem odwracać na własną korzyść.
Państwa Kaukazu Południowego rzadko są traktowane jak autorzy własnej polityki. Częściej postrzega się je jako czyjąś strefę wpływów, pole rywalizacji albo sprawdzian siły większych graczy: Rosji, Unii Europejskiej, Turcji, Iranu, Chin czy Stanów Zjednoczonych.
To region, który powszechnie opisuje się językiem zawieszenia. Armenia, Azerbejdżan i Gruzja mają być „między” Rosją a Zachodem, między Europą a Azją, między demokracją a autorytaryzmem, między wojną a pokojem. To wygodny skrót, ale zły punkt wyjścia. Sugeruje bowiem, że najważniejsze pytanie brzmi: do którego świata te państwa ostatecznie należą?
Tymczasem kraje Kaukazu Południowego nie szukają właściwego miejsca na mapie, lecz sposobu działania w rzeczywistości, w której żaden wybór nie daje im pełnej ochrony ani pełnego uznania. W Erywaniu, Baku i Tbilisi niewielu już wierzy, że państwa regionu staną się częścią zachodniego centrum decyzyjnego, jeśli tylko przejmą jego język, instytucje i aspiracje. Jednocześnie nie chcą być wyłącznie rosyjską strefą wpływów, nawet jeśli Rosja pozostaje dla nich punktem odniesienia jako gwarant bezpieczeństwa, wróg, rynek zbytu, sąsiad albo były imperialny patron. Rzeczywistość, w której funkcjonują, jest bardziej skomplikowana niż sugerują te dwa bieguny.
Global East: kraje, które są „pomiędzy”
Tę pozycję krajów Kaukazu Południowego pomaga nazwać pojęcie Global East. Przez lata region najczęściej opisywano jako przestrzeń postsowiecką. Problem w tym, że taka kategoria mówi przede wszystkim o tym, z jakiego doświadczenia wyrastają dane kraje, a znacznie mniej o miejscu, które zajmują dzisiaj. Nie chodzi tylko o geografię ani o wspólne doświadczenie komunizmu czy Związku Sowieckiego, ale o stan określany w literaturze pojęciami takimi jak liminality czy not yet – bycie „pomiędzy” oraz ciągłe funkcjonowanie w logice „jeszcze nie”: jeszcze nie dość demokratyczne, jeszcze nie dość stabilne, jeszcze nie dość europejskie, jeszcze nie dość przewidywalne, jeszcze nie dość niezależne od Rosji. Nie do końca należące do żadnego świata i nieustannie oceniane przez pryzmat tego, kim dopiero mają się stać.
To je odróżnia zarówno od Globalnej Północy, jak i od klasycznego Globalnego Południa. Są zbyt europejskie, by mówić o nich jak o odległych peryferiach świata. Są jednak zbyt peryferyjne, by uznać je za pełnoprawnych współtwórców europejskiego porządku. Mogą podpisywać umowy, wdrażać reformy, przyjmować unijny język i uczestniczyć w europejskiej konsumpcji, ale bardzo często pozostają „w poczekalni” – oceniane, klasyfikowane, karcone i zachęcane, rzadziej traktowane jako samodzielni autorzy własnych strategii.
W tym układzie UE i Rosja występują po przeciwnych stronach, ale nie zawsze działają tak odmiennie, jak same to przedstawiają. Moskwa zwykle mówi językiem troski, bliskości i starszego brata, który jednak w przypadku „nielojalności” zamienia się w język mniej lub bardziej zawoalowanych gróźb. Państwa znajdujące się w jej otoczeniu mają być częścią naturalnej strefy wpływów. Wystarczająco blisko, by podlegać jej oddziaływaniu, ale nie na tyle, by zostać w pełni zaakceptowane jako równorzędni partnerzy.
Bruksela częściej stosuje język reform, standardów i dojrzewania. Państwa aspirujące do bliższych relacji z UE mają się uczyć, dostosowywać i stopniowo osiągać właściwy poziom. W obu przypadkach państwa południowokaukaskie pozostają przede wszystkim obiektem oddziaływania, ocen i oczekiwań.
Kaukaz Południowy jako laboratorium Global East
Kaukaz Płd. dobrze pokazuje przy tym także, że Global East nie oznacza jednorodności. Armenia, Azerbejdżan i Gruzja różnią się niemal wszystkim: ustrojem, relacjami z Rosją, poziomem ambicji europejskich, doświadczeniem wojny i sposobem budowania tożsamości.
Łączy je jednak podobny problem skali. To państwa małe, położone w trudnym sąsiedztwie, bez możliwości narzucania reguł gry większym aktorom. Dlatego same próbują nadać sobie znaczenie. Chcą być mostem, korytarzem, bramą, partnerem energetycznym, formatem rozmowy, łącznikiem między rynkami, pośrednikiem między regionami. To nie jest wyłącznie dyplomatyczny marketing. Dla małych państw użyteczność bywa formą bezpieczeństwa.
Rząd premiera Nikola Paszyniana opowiada o Armenii przez pryzmat projektu „Crossroads of Peace” (Skrzyżowanie Pokoju): nie jak o państwie zamkniętym między wrogimi granicami, lecz jako o miejscu, przez które mogłyby przechodzić drogi, koleje, linie energetyczne i połączenia między Morzem Czarnym, Zatoką Perską i Azją. Gruzja od lat także stara się budować swoje znaczenie na tranzycie: portach, drogach, kolejach i położeniu na trasie Middle Corridor (Korytarza Środkowego), który ma łączyć Azję Centralną, Kaukaz, Turcję i Europę z pominięciem Rosji. Azerbejdżan robi to jeszcze inaczej: łączy rolę dostawcy energii z ambicją bycia niezbędnym ogniwem korytarzy transportowych przez Morze Kaspijskie, Kaukaz i Turcję. W każdym przypadku chodzi o coś więcej niż infrastrukturę. Chodzi o próbę przekonania większych graczy, że państwo z peryferii nie jest tylko obiektem cudzej polityki, lecz trasą, zasobem albo węzłem, którego nie da się łatwo ominąć.
A jednak nawet te strategie łatwo zostają sprowadzone do pytania, komu naprawdę służą: Zachodowi, Rosji czy własnej władzy.
Pułapka binarności
Najbardziej zdradliwa nie jest sama geografia, lecz binarność, którą często narzuca się Kaukazowi Południowemu Gruzja ma być albo historią sukcesu integracji europejskiej, albo przykładem powrotu do rosyjskiej strefy wpływów. Armenia ma być albo rosyjskim sojusznikiem, albo nowym partnerem Zachodu. Azerbejdżan zaś ma być albo niewygodną autokracją, albo użytecznym partnerem energetycznym. Taki język porządkuje świat z perspektywy silniejszych, ale rzadko pomaga zrozumieć politykę małych państw.
W tej logice każdy ruch staje się deklaracją ostatecznego wyboru. Krytyka UE może zostać odczytana jako powrót do Moskwy. Dystansowanie się od Rosji jako pełny zwrot ku Brukseli. Ostrożność – jako zdrada, pragmatyzm jako oportunizm, a próba zachowania pola manewru jako brak zasad. Tymczasem między tymi biegunami dzieje się prawdziwa polityka: kalkulowanie ryzyka, kupowanie czasu, rozgrywanie większych graczy i minimalizowanie strat.
To właśnie tutaj użyteczność kategorii Global East staje się najbardziej widoczna. Pozwala spojrzeć na państwa Kaukazu Południowego nie jak na uczestników niekończącego się egzaminu z geopolitycznej lojalności, lecz jak na aktorów próbujących funkcjonować w warunkach ograniczonej sprawczości.
Szczególnie wyraźnie widać te ograniczenia w relacjach z Unią. UE pozostaje synonimem modernizacji, trwałości instytucji i dobrobytu. Finansuje reformy, przez lata wspierała społeczeństwo obywatelskie, wysyła misje obserwacyjne, podpisuje umowy i tworzy programy. Znacznie trudniej przychodzi jej jednak wzięcie odpowiedzialności za twarde bezpieczeństwo regionu. To rodzi napięcie. Z jednej strony oczekuje się od krajów Kaukazu Południowego reform, standardów i „europejskiego wyboru”. Z drugiej strony, gdy stawką stają się granice, wojna albo szantaż, okazuje się, że wsparcie polityczne i gospodarcze nie zawsze przekłada się na twarde gwarancje bezpieczeństwa.
Global East pozwala wyjść poza opowieść, w której Kaukaz Południowy pozostaje tylko cieniem dawnego imperium albo przedpolem cudzej rywalizacji. Armenia, Azerbejdżan i Gruzja nie są nieudanymi wersjami Zachodu, niedokończonymi demokracjami ani wyłącznie państwami wyrywanymi z rosyjskiej orbity. Są aktorami działającymi w warunkach ograniczonej sprawczości, w porządku, który częściej wyznacza im miejsce, niż pyta o ich własne strategie.
Ich sprawczość nie polega na wyjściu poza reguły narzucane przez silniejszych, lecz na tym, że potrafią je wykorzystywać, omijać i czasem odwracać na własną korzyść.
Nota autorki: impulsem do napisania tego tekstu była lektura książki Living in the Split: The Agency of Armenia and Georgia In-Between Russia and the EU Louise Amoris oraz prac poświęconych kategorii Global East. Jednym z paradoksów opisywania Kaukazu Płd. jest to, że nawet próby wyjścia poza binarne podziały łatwo odtwarzają język „pomiędzy”: między Rosją a Zachodem, Europą a Azją, demokracją a autorytaryzmem. Ten tekst jest także próbą zmierzenia się z tą pułapką.