Moskwa raz za razem oblewa egzamin na sojusznika. Syria, Armenia, Wenezuela, Iran – to kolejne przypadki niestałości uczuć Kremla, który nie chce lub nie jest w stanie iść na pomoc partnerom, gdy nastają u nich ciężkie czasy. Czy to wyłącznie wojna przeciwko Ukrainie jest przyczyną tego, że Putin przestał dbać o swoich sojuszników?
Podczas spotkania na Kremlu 1 kwietnia Władimir Putin bynajmniej nie w ramach primaaprilisowego żartu, a przeciwnie – z wyraźną groźbą – przypomniał premierowi Nikolowi Paszynianowi o tym, jak tanio Rosja sprzedaje Armenii gaz. Na tej cenie może się negatywnie odbić dążenie Erywania do współpracy z Unią Europejską – ostrzegał przywódca Rosji, przekonując przy tym, że chodzi o kwestie „czysto gospodarcze”. To zresztą raczej nie wpłynie na armeńskie dążenia do rozszerzenia współpracy z UE, a nawet – do integracji. Moskwa już dawno utraciła swój dawny wpływ na południowokaukaską stolicę, a o niegdysiejszej przyjaźni w ogóle nie ma mowy.
Zapomniani przyjaciele
Rosja rzeczywiście nie udzielała wsparcia swoim – już w większości byłym – sojusznikom, gdy nastawały u nich ciężkie czasy. Najbardziej jaskrawym przykładem był reżim Baszara al-Asada w Syrii. Jeden raz, wspólnie z Iranem, Kreml uratował Syryjczyka od nadciągającej klęski. Jednak za drugim razem Rosja już się nie angażowała – Asad został zabrany do Moskwy, a Kreml zaczął rozmowy z nowymi syryjskimi władzami. I to pomimo tego, że było jasne, iż są one lojalne wobec Turcji, intensywnie próbują pogodzić się z UE i USA, pomimo swojej terrorystycznej przeszłości.
Turcja, podobnie jak w minionych wiekach, jest antypodą Rosji – gdy słabnie Kreml, wzmacnia się Ankara. Przykładem wzrostu wpływu Turcji jest także przypadek Armenii, byłego wiernego sojusznika Moskwy. Tym bardziej wiernego, że jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że Armenia po prostu nie ma wyjścia i jest na Rosję skazana. Każde nieznaczne nawet zejście z kursu wyznaczonego przez Moskwę oznaczało narażenie się na ryzyko ataku ze strony Azerbejdżanu i jego sojuszniczki – Turcji.
Sam z siebie Erywań, nawet po dojściu do władzy Nikola Paszyniana, nie zszedłby z tej trajektorii. To Władimir Putin zmusił go do poszukiwania nowych sojuszników. Gospodarzowi Kremla nie spodobał się nowy armeński premier, w przeciwieństwie do starych przyjaciół, poprzedników Paszyniana, wywodzących się z tak zwanego „klanu karabaskiego”.
W momencie decydującego starcia Armenii z Azerbejdżanem o Górski Karabach w latach 2020-2023 Moskwa nie tylko porzuciła Erywań, ale można wręcz powiedzieć, że stała się sojusznikiem autokratycznego przywódcy Azerbejdżanu Ilhama Alijewa.
W efekcie doszło do wymuszonej zmiany całej strategii geopolitycznej Armenii, która zwróciła się ku Unii Europejskiej, USA, a nawet – Turcji i Azerbejdżanowi.
Putinowski projekt Korytarza Zangezurskiego, który miał być rosyjsko-tureckim transnarodowym szlakiem (z Azerbejdżanu do Nachiczewanu, a więc – i do Turcji), przechodzącym przez terytorium Armenii, przekształcił się w „Korytarz Trumpa” (TRIPP, Trasa Trumpa na rzecz Międzynarodowego Pokoju i Dobrobytu). I to nie Amerykanie ograli tutaj Rosjan, jak uważa wielu obserwatorów. Zwrot Armenii był wymuszoną odpowiedzią na rosyjską politykę zagraniczną, która utraciła jakąkolwiek orientację na tzw. „interesy narodowe”, a zaczęła zależeć wyłącznie od sympatii i antypatii Władimira Putina. Autorytarny i dlatego bardziej zrozumiały turecki kolega stał mu się bliższy niż Nikol Paszynian.
Czy w takim razie Kreml zbudował w następstwie relacje sojusznicze chociażby z Azerbejdżanem? Ależ nic z tych rzeczy. Ambicje dwóch autorytarnych przywódców – Putina i Alijewa – zderzyły się. I nie chodzi nawet o to, czy prawdziwe były plotki o tym, że Moskwa przygotowywała przewrót w Azerbejdżanie. Czy też inna teoria spiskowa, która głosiła, że Rosjanie, którzy w grudniu 2024 r. ostrzelali azerbejdżański samolot pasażerski nad Groznym (maszyna rozbiła się w Kazachstanie – red.), oficjalnie z powodu pomyłki w trakcie ataku ukraińskich dronów, tak naprawdę czekali na samolot Alijewa, który w podobnym czasie miał przelatywać tą trasą.
Nawet po tym wszystkim Rosja mogła próbować obłaskawić Alijewa, który demonstrował gotowość do pogodzenia się. Jednak osobiste ambicje znowu okazały się ważniejsze.
Po prostu biznes
Wśród innych przykładów niestałości uczuć ze strony Moskwy wymieniane są w ostatnich miesiącach Wenezuela, a obecnie – także Iran. Kreml niejednokrotnie nazywał wenezuelskiego przywódcę Nicolasa Maduro swoim strategicznym sojusznikiem. Gdy jednak na Amerykanie zastosowali wobec niego blokadę, a następnie po prostu porwali go wraz żoną i wywieźli na proces do Nowego Jorku, Władimir Putin nie kiwnął nawet palcem. Rosyjski lider nawet tego zdarzenia nie skomentował, chociaż mało kto ma wątpliwości, iż każde tego typu zdarzenie, jak np. historię przykrego końca Muammara Kaddafiego, Putin odbierał bardzo osobiście.
Co się tyczy Iranu, to Kreml podpisał nawet z Teheranem „wszechstronne partnerstwo strategiczne”. A jednak partnerstwo, jak wszechstronne by nie było, to nie jest sojusz. Było to jasne już na etapie podpisania, gdy żadna ze stron nie była zainteresowana uwzględnieniem w dokumencie punktu o obowiązkowej pomocy wojskowej. Irańczycy nie mieli nic przeciwko temu, by pomagać Rosji w jej wojnie przeciwko Ukrainie, dostarczając broń (przede wszystkim – drony Shahed, red.) i technologie, ale bynajmniej nie zamierzali, tak jak Korea Północna, wysyłać swoich żołnierzy, by ginęli gdzieś pod Kurskiem lub tym bardziej - pod Charkowem czy w Donbasie.
Rosjanie z kolei nawet uzbrojenie dostarczali Iranowi z pewną obawą i to nie w pełnym zakresie, o który ten prosił. Po ubiegłorocznej czerwcowej wojnie dwunastodniowej z Izraelem, wspieranym przez USA, gdy Teheran uświadomił sobie, że nie posiada nowoczesnej zintegrowanej obrony powietrznej, Moskwa nie zdecydowała się na realizację dawnej prośby o sprzedaż systemów S-400.
Po zabiciu duchowego przywódcy Iranu Alego Chameneiego Władimir Putin wyraził wprawdzie współczucie, wysyłając telegram – którego adresat w tym konkretnym momencie był zresztą niejasny – ale dziwnym trafem zapomniał wymienić winnych śmierci ajatollaha, czyli USA i Izrael. Relacje z Donaldem Trumpem w sprawie Ukrainy są dla Putina najwyraźniej ważniejsze niż jakiekolwiek zobowiązania wobec Iranu czy Wenezueli.
W tych okolicznościach nie jest więc dziwne, że na świecie coraz częściej mówi się o tym, że Rosja nie jest obecnie dla nikogo godnym zaufania sojusznikiem. Kto wie, może nawet dla białoruskiego uzurpatora Alaksandra Łukaszenki, chociaż tego, jak dotąd, nikt na poważnie nie sprawdzał. W 2020 r. Kreml udzielił mu wsparcia i pomógł utrzymać władzę, pomimo jego de facto porażki w wyborach prezydenckich.
Dlaczego zatem Rosja jest taką niewierną kochanką dla wszystkich swoich sojuszników? Powodów jest kilka. Po pierwsze, po rozpoczęciu agresji przeciwko Ukrainie stało się jasne, że Kreml po prostu nie jest w stanie sprostać zadaniom, które postawił przed krajem.
Rosyjska armia wcale nie jest drugą najpotężniejszą armią na świecie. Zasoby są, ale muszą być stale redystrybuowane. W przeciwieństwie do ZSRR, Rosja nie ma już tak dużych rezerw i absurdem jest nawet myśleć, że może konkurować ze Stanami Zjednoczonymi (poza bronią jądrową), a nawet Unią Europejską.
Innymi słowy, sądząc po tym, jak Rosja jest wypychana jednocześnie z Ameryki Łacińskiej, Bliskiego Wschodu i Kaukazu Południowego, nie jest ona już wielkim mocarstwem. Podobnie jak Turcja, która ma nieco skromniejsze ambicje, Rosja wciąż zachowuje wpływy w swoim regionie, w dużym stopniu w wyniku historycznej inercji. To znaczy, że jest mocarstwem regionalnym. Ciągle ma jeszcze siły, by napadać na Ukrainę, ale pokonać ją, w warunkach wsparcia Kijowa przez UE, nie jest już w stanie.
Humory dyktatora
Tak więc pomimo tego, że pozostaje regionalnym mocarstwem, Rosja jest krajem schyłkowym, nie umacniającym się, a przeciwnie – stale tracącym nawet te atuty, którymi wcześniej dysponowała. Jednym z tych atutów była stosunkowo jasna wizja swoich interesów i priorytetów. Przykład Armenii dowodzi, że tej wizji już nie ma i została ona zastąpiona humorami i osobistymi sympatiami dyktatora.
Ponieważ Rosja jest mocarstwem regionalnym, nie ma na tyle zasobów, by odgrywać na międzynarodowej arenie rolę porównywalną do USA czy Chin. Oczywiście Rosja stara się prężyć muskuły. Władimir Putin skutecznie występuje w ostatniej dekadzie w roli „handlarza strachem”. Umie wykorzystywać słabości innych na tyle zręcznie, by tworzyć wrażenie własnej siły. Gdy jednak tylko napotyka twardy opór, mgła „rosyjskiego zagrożenia” rozwiewa się.
Właśnie dlatego, że Rosja nie może tak jak w przeszłości ZSRR przywiązywać do siebie krajów przez pomoc finansową czy siłę wojskową, musi wstępować w równoprawne sojusze i zawierać umowy handlowe. Tak właśnie należy rozumieć jej „naftową przyjaźń” z Wenezuelą czy „dronowy sojusz” z Iranem. Wygląda to jak poważny alians, ale gdy tylko pojawią się pierwsze problemy, Rosja umywa ręce. I jej partnerzy w rzeczywistości mają świadomość, że ona absolutnie szczerze nie zamierzała zobowiązywać się do ich ratowania.
Wszystkie te rozważania nie dotyczą tylko jednego – agresji na Ukrainę. W tym przypadku Putin i jego otoczenie są gotowi nadwerężyć, a nawet przeciążyć (co już się stało) rosyjską gospodarkę. Są gotowi poświęcić przyszły wzrost demograficzny. Rzucić w ogień wojny wszystkie zasoby, które zostały zgromadzone w ciągu dwóch dekad handlu ropą i gazem; zrezygnować nawet z tradycyjnych dla siebie europejskich rynków. Dlatego że chodzi o nadrzędny cel, który postawił sobie Władimir Putin. Dla tego celu jest gotów prawie na wszystko, nawet na poświęcenie kraju (ale nie siebie samego).
Handlarz strachem
Paradoksalnie jednak wszystkie wymienione słabości Rosji nie odrzucają od niej licznych potencjalnych nowych partnerów spośród krajów tzw. Globalnego Południa, czyli z regionu Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Dla ich autorytarnych przywódców relacje z USA czy Chinami zawszę będą oparte na podległości, fundamentalnej nierówności. Rosja to inna historia – nie ma sił, ale też chęci, by tych autorytarnych przywódców sztywno sobie podporządkowywać. Współpraca, taka jak np. z Republiką Środkowoafrykańską, gdzie można czerpać zyski z surowców, w zupełności satysfakcjonuje Kreml.
Jeśli zaś chodzi o percepcję tej sytuacji wewnątrz kraju, to oczywiście wielu „turbo-patriotom” nie podoba się, że ich kraj raz po raz okazuje słabość. Resentyment, który majaczy w ich głowach, domaga się wielkości ja za czasów ZSRR i odpowiedniej postury ma scenie międzynarodowej. Ci ludzie nie mogą jednak wywrzeć istotnego wpływu na władze – bo sami są od tych władz zależą, otrzymują od nich wypłaty, granty i łapówki. W związku z tym ich krzykliwe niezadowolenie Kreml może spokojnie zignorować.
Podsumowując – Rosja nie staje się z powrotem ZSRR i wszędzie, gdzie napotyka poważny opór (z wyjątkiem Ukrainy), natychmiast się wycofuje. Z drugiej strony, Kreml pozostaje światowym handlarzem strachem numer jeden i skutecznie rozgrywa sprzeczności między swoimi wrogami i przyjaciółmi, utrzymując się na powierzchni, pomimo ewidentnego deficytu zasobów.
Skurczywszy się do poziomu mocarstwa regionalnego, Rosja nadal pozostaje bardziej widoczna na arenie międzynarodowej, niż pozwalają na to jej rzeczywiste zasoby. Choć jest oczywiste, że w perspektywie długoterminowej Kreml będzie degradował i słabł, w krótkim, a nawet średnim okresie rosyjskie władze lawirują dość umiejętnie, robiąc wrażenie państwa znacznie silniejszego, niż jest ono w rzeczywistości.