Kampania rekrutacyjna na białoruskie uniwersytety ujawniła niepokojące tendencje. Na uczelniach medycznych, które tradycyjnie uznawane są za najbardziej prestiżowe w kraju, doszło do znacznego spadku progów punktowych. Przyczyną spadającego zainteresowania czołowymi uczelniami jest archaiczny system przymusowego nakazu pracy, który zmusza absolwentów do odpracowywania studiów.
Próg punktowy na fakultet farmaceutyczny na Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Medycznym (BDMU) spadł o prawie 100 punktów, a na innych specjalizacjach – od 40 do 60. To nie jest przypadkowa anomalia, a bezpośredni skutek polityki państwowej, która próbując rozwiązać problem braków kadrowych ryzykuje zaostrzenie go do krytycznego poziomu.
Absolwenci do roboty
Przyczyną krachu nie jest nagły spadek zainteresowania medycyną, lecz konkretna decyzja administracyjna. W 2026 r. na Białorusi całkowicie zniesiono nabór na medyczne studia płatne. Wcześniej był to jedyny legalny sposób, by uniknąć obowiązkowego nakazu pracy po zakończeniu nauki. Teraz wszyscy bez wyjątku absolwenci studiów medycznych, którzy zdobywają wykształcenie na studiach finansowanych z budżetu państwa, automatycznie podlegają państwowemu systemowi nakazu pracy, który determinuje miejsce pracy na dwa lata, a w przypadku naboru celowego (gdy za studia płacą konkretne przedsiębiorstwa) – na pięć lat lub dłużej.
Ta zmiana nastąpiła w sytuacji, gdy na białoruskim rynku już istniał ostry deficyt lekarzy. Na początku marca br. niezależny portal Zierkało informował, że w całym kraju jest trzy tysiące wakatów medycznych, a władze próbują przyciągnąć specjalistów pensjami, które w rzadkich przypadkach sięgają 7-8 tys. rubli białoruskich (ok. 2,4-2,7 euro), lecz najczęściej nie przekraczają 2 tys. rubli (700 euro).
By zrekompensować likwidację płatnych studiów państwo istotnie zwiększyło liczbę miejsc „państwowych”. Np. w BDMU liczba miejsc wzrosła z 255 do 601. Reakcja kandydatów okazała się jednak odwrotna do pożądanej – nie rzucili się oni do zajmowania bezpłatnych miejsc. Co więcej, na dobę przed upłynięciem terminu zgłoszeń na wszystkich czterech uczelniach medycznych liczba podań była mniejsza niż liczba wolnych miejsc.
Prawdopodobnie perspektywa obowiązkowego odpracowywania nauki stała się dla potencjalnych kandydatów silniejszym czynnikiem negatywnym niż prestiż zawodu i brak opłat za naukę. Aby zrozumieć głębię problemu, należy przeanalizować samą instytucję nakazu pracy, która z narzędzia polityki kadrowej przekształciła się w barierę dla rozwoju społeczeństwa.
Dziedzictwo czasów stalinowskich
Obowiązkowy nakaz pracy to relikt sowieckiego systemu totalitarnego. Pojawił się on w ZSRS w 1933 r., w szczytowym okresie stalinowskiej industrializacji, gdy w warunkach gospodarki planowej i totalnej kontroli nad społeczeństwem państwo potrzebowało nie swobodnych specjalistów, lecz w pełni sterowalnych pracowników. Można ich było bez ich zgody kierować do potrzebnych zakładów pracy i na budowy. System ten stanowił naturalną część ustroju nakazowo-rozdzielczego, obok instytucji meldunku (tzw. propiski) oraz przypisania chłopów do kołchozów.
Po rozpadzie ZSRS większość krajów poradzieckich zrezygnowała z obowiązkowego nakazu pracy, uznając go za niezgodny z gospodarką rynkową i prawami człowieka. Na Białorusi jednak system ten nie tylko został zachowany, ale i wzmocniony pod względem prawnym. Dzisiaj funkcjonuje on w następujący sposób: absolwent, który korzystał ze studiów państwowych, jest zobowiązany do odpracowania dwóch lat zgodnie ze skierowaniem komisji państwowej. Dla studentów „celowych”, czyli takich, którzy rekrutowali się na podstawie skierowania z konkretnego przedsiębiorstwa lub instytucji – ten okres wynosi co najmniej pięć lat. Absolwent trafia do wybranego przez państwo miejsca i pracodawcy – może to być np. szkoła lub ośrodek zdrowia na prowincji – bez jakiegokolwiek wpływu na tę decyzję lub możliwości oprotestowania jej. Często są to miejsca, które nie tylko ograniczają dalsze możliwości rozwoju naukowego czy osobistego, ale są po prostu trudne do życia – to mogą być zaniedbane kołchozy czy pozbawione podstawowej infrastruktury miejscowości albo np. placówki w regionach dotkniętych skutkami katastrofy w Czarnobylu, gdzie brakuje lekarzy i nauczycieli.
„Jak worek ziemniaków”
W ostatnich latach władze coraz aktywniej dyskutują nad pomysłem rozszerzenia nakazu na wszystkich bez wyjątku absolwentów, co oznacza, że również ci, którzy sami zapłacili za studia, podlegaliby tej praktyce.
Według oficjalnej retoryki nakaz pracy ma być aktem sprawiedliwości społecznej i jednocześnie gwarancją pierwszego miejsca pracy.
„Jeśli idziecie na studia, to wiecie, że będzie nakaz. Myślcie o tym i nie obrażajcie się potem na państwo” – tak podsumował stanowisko władz w 2025 r. Alaksandr Łukaszenka, przerzucając odpowiedzialność za skutki działania systemu na samych absolwentów.
W praktyce jednak gwarancja pierwszego miejsca pracy często oznacza przymusową pracę w odległych regionach, na nisko opłacanych stanowiskach, bez należytych warunków mieszkaniowych i perspektyw rozwoju zawodowego. Jak zauważyła Alisa Ryżyczanka, przedstawicielka ds. finansów i gospodarki Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi, władze traktują absolwentów jak zasób nieożywiony, „jak worek ziemniaków”, nie biorąc na siebie żadnych zobowiązań wzajemnych w kwestii tworzenia godnych warunków pracy.
„Oferuje się pensje rzędu 500–700 rubli (150–200 euro), jakieś zrujnowane akademiki z karaluchami, brak jakiejkolwiek infrastruktury i, co oczywiste, brak jakichkolwiek perspektyw kariery” – mówiła Ryżyczanka na antenie „Europejskiego Radia dla Białorusi” (Euroradia).
Badacz Andrej Łauruchin w swojej pracy „Obowiązkowy nakaz pracy dla absolwentów: w poszukiwaniu alternatywy” szczegółowo analizował problemy tego systemu. Podkreślił, że nakaz pracy nie tylko łamie zapisy międzynarodowych konwencji dotyczących pracy, ale jest też sprzeczne z konstytucją Białorusi, która gwarantuje prawo do bezpłatnej edukacji bez dodatkowych warunków w postaci „odpracowywania”. Według jego analizy „do systemu nakazowego trafiają miejsca pracy o wysokiej rotacji kadr i z niskim wynagrodzeniem, podczas gdy prestiżowe i wysoko płatne posady są obsadzane na podstawie konkursów”. Kształtuje to wśród absolwentów postrzeganie nakazu pracy jako kary, której należy unikać wszelkimi sposobami.
Opłakane skutki systemu nakazowego
Kryzys związany z naborem kandydatów na uczelnie medyczne w 2026 r. pokazuje, jak archaiczna polityka edukacyjna prowadzi do rezultatów dokładnie odwrotnych niż deklarowane cele. W obliczu krytycznego deficytu lekarzy państwo nie zaczęło działać na rzecz zwiększenia wynagrodzeń, poprawy warunków pracy czy rozszerzenia wolności zawodowej medyków. Zamiast tego wybrało nasilenie przymusu – likwidację ostatniej legalnej możliwości uniknięcia przymusowego nakazu poprzez płatne studia.
Skutki były do przewidzenia. Próba załatania kadrowych dziur na siłę doprowadziła do jeszcze większego odpływu kandydatów z uczelni medycznych. Najprawdopodobniej dla wielu młodych ludzi wolność wyboru i rozwoju profesjonalnego jest większą wartością niż „bezpłatna” edukacja, która de facto jest opłacana przez kilka lat przymusowej pracy.
Ponadto sytuacja ta pokazuje, że dla białoruskiego reżimu – nawet wobec groźby kryzysu w sferze ochrony zdrowia – kluczowa pozostaje możliwość zachowania totalnej kontroli nad młodzieżą. Nakaz pracy z instrumentu pomocy młodym specjalistom przekształcił się w cel sam w sobie, nawet jeśli w oczywisty sposób szkodzi to interesom państwa i społeczeństwa.