Nie ma na Białorusi nic bardziej stabilnego niż kryzys polityczny. Od ponad pięciu lat trwają represje, nie zmienia się liczba więźniów politycznych – choć ogłaszane są ułaskawienia – a sam system nie przesuwa się nawet o centymetr.

Marzenie Alaksandra Łukaszenki, by „oczyścić” kraj z tych, którzy się z nim nie zgadzają, wciąż jednak pozostaje aktualne. I tutaj białoruski przywódca gotów jest działać nie tylko sam, lecz także cudzymi rękami – nawet rękami USA.

Więźniowie polityczni – nieograniczony zasób do negocjacji

W minionym roku po raz pierwszy od pięciu lat pojawiła się nadzieja, że represje mogą się kiedyś skończyć. Łukaszenka zaczął wypuszczać więźniów politycznych jeszcze w 2024 r., ale w czerwcu 2025 r. rozpędził się nie na żarty, uwalniając z więzienia męża liderki białoruskich sił demokratycznych, Siarhieja Cichanouskiego. Stało się to coś, w co nikt dotąd nie wierzył.

Później nastąpiło jeszcze kilka fal zwolnień, a rok zakończył się największą z nich – na wolność wypuszczono m.in. byłego pretendenta do urzędu prezydenta Wiktara Babarykę, jego współpracowniczkę Maryję Kalesnikawą, prawnika Maksima Znaka, obrońcę praw człowieka i laureata Pokojowej Nagrody Nobla Alesia Bialackiego, polityka Pawła Siewiarynca, politologa Alaksandra Fiadutę oraz byłą szefową niegdyś prominentnego, a następnie zniszczonego przez władze portalu TUT.by – Marynę Zołatawą.

Wielu z nich Alaksandr Łukaszenka wcześniej groził śmiercią w więzieniu. Jednak po pięciu latach okazało się, że nie jest to konieczne. Prywatny raj można budować i bez niepotrzebnej krwi.

To, co wydawało się niemożliwe, stało się realnością w momencie, gdy administracja Donalda Trumpa rozpoczęła dialog z Łukaszenką. Ci, którzy od dawna oczekiwali podobnego kroku ze strony Zachodu, przyjęli te działania z aprobatą. Okazało się bowiem, że jest się o co targować – o niezmienny i być może jedyny zasób wszystkich trzydziestu lat rządów Łukaszenki: ludzi.

Więzienie – autobus – zagranica

Pomimo całej rzekomej „humanitarności” łukaszenkowskich „ułaskawień”, białoruski przywódca nie zdołał do końca pozbyć się strachu. Przez pięć lat wypalał napalmem każdy zalążek niezgody w kraju. Wszyscy uznani za „niepewnych” trafiali do więzień, wszystko, co niezależne, zostało zniszczone, a wszelkie pozory półwolności – całkowicie zlikwidowane. Ci, którzy zdążyli wyjechać, by uniknąć więzienia, mają dziś drogę powrotu odciętą. Na granicy czekają na nich szczegółowe kontrole, a w kraju – możliwe sprawy karne.

I oto Amerykanie zdołali w końcu wytargować dla Białorusinów wolność. Łukaszenka, obawiając się, że wypuszczeni z więzień liderzy opinii publicznej dokończą to, czego nie udało się w 2020 r., postawił Waszyngtonowi warunek: więźniowie polityczni mają jechać prosto zza krat za granicę. Bez możliwości powrotu do domu, przytulenia bliskich, zobaczenia własnego podwórka czy choćby przebrania się we własne ubrania.

Więzienie – autobus – zagranica. W tę podróż zostali wysłani w więziennych uniformach, z minimalną ilością rzeczy osobistych.

Wielu z nich nie otrzymało w więzieniu nawet dokumentów tożsamości. Wciśnięto im do rąk kartkę A4 zatytułowaną „informacja potwierdzająca tożsamość”. Wszystko po to, by mieć pewność, że nikt nie wróci i nie zburzy nadziei Łukaszenki na kraj żyjący w pełnej aprobacie.

Już we wrześniu 2023 r. Łukaszenka przygotował ten manewr z wyprzedzeniem, zakazując Białorusinom przebywającym za granicą wymiany dowodów i paszportów w konsulatach. Od tamtej pory jest to możliwe wyłącznie na terytorium kraju, w odpowiednim oddziale MSW. Wielu Białorusinów nie jest gotowych ryzykować utraty wolności dla białoruskiego dowodu.

Ceną jest przyszłość kraju

Można odnieść wrażenie, że marzenie Alaksandra Łukaszenki – kraj bez sprzeciwu – zaczyna nabierać realnych kształtów. Stopniowo buduje on model państwa, w którym konflikt władzy ze społeczeństwem rozwiązywany jest nie poprzez dialog, lecz przez więzienie i wydalanie z kraju.

Opuścili go mądrzy, kreatywni, młodzi. Wyjechała przyszłość kraju, a została jego przeszłość.

Represje, postępowania karne, zamknięte media, likwidacja organizacji obywatelskich i ciągła presja na aktywnych Białorusinów nie są efektami ubocznymi – to instrumenty zarządzania. Łukaszenka nigdy nie dążył do przekonania tych, którzy się z nim nie zgadzają, lecz zawsze potrafił odnaleźć w tym korzyść dla siebie. Po ponad trzydziestu latach rządów nawet to przestaje być mu potrzebne.

Dziś chce być obecny w wielkiej geopolityce. Schlebiają mu „listy wysyłane osobiście przez Melanię Trump”, wizyty specjalnych wysłanników amerykańskiego prezydenta. W takich chwilach nie czuje się marionetką Kremla, lecz aktywnym, liczącym się politykiem.

Nie wiadomo jednak, jak długo potrwa ten miesiąc miodowy z Ameryką. Trump pokazał, że potrafi być nie tylko uprzejmym rozmówcą, który bez wahania sięga po telefon, by zadzwonić do nieuznawanego dyktatora, lecz także liderem zdolnym wywieźć dyktatora z jego kraju i postawić go przed wymiarem sprawiedliwości.

Nie raj Łukaszenki, lecz przestrzeń oczekiwania

W nowej sytuacji Łukaszenka będzie musiał dokładnie rozważyć, na ile jego marzenie o prywatnym raju bez sprzeciwu jest warte swojej ceny. Przez pięć lat obciosywał społeczeństwo do jądra – takiego, którym da się sterować, w którym lojalność znaczy więcej niż kompetencje, a „cisza i spokój” są cenniejsze niż rozwój.

W efekcie Białoruś niemal stała się państwem, w którym zgodę zastąpił strach, a stabilność okazała się jedynie kruchą dekoracją.

Usunięcie opozycji i niezależnych głosów nie oznacza jednak zniknięcia niezadowolenia – ono jedynie schodzi głębiej, kumuluje się i wpływa na przyszłość. Białoruś bez sprzeciwu może istnieć na papierze i w raportach struktur siłowych, lecz w rzeczywistości przekształca się w przestrzeń oczekiwania: na zmiany, które są odkładane w czasie, ale nie odwołane. I kto wie, co przyniesie ten rok oraz niejednoznaczne, momentami wręcz spektakularne wydarzenia na świecie.

* Karyna Bryzawa jest białoruską dziennikarką związaną z mediami niezależnymi. Ze względów bezpieczeństwa autorka poprosiła o nieujawnianie swojego prawdziwego nazwiska.

Tłumaczyła Justyna Prus