Alaksandr Łukaszenka długo korzystał z dość bezpiecznej możliwości lawirowania pomiędzy Rosją i Ukrainą, wykorzystując z jednej strony status zaplecza Rosji, z drugiej – rolę dodatkowego potencjalnego zagrożenia dla Kijowa. Ten układ był dla niego korzystny, dopóki mógł liczyć na rosyjski parasol ochronny. Teraz sytuacja się zmieniła.
W ostatnich miesiącach sytuacja Alaksandra Łukaszenki nieoczekiwanie dla niego – gwałtownie się skomplikowała. Jego gra między Moskwą i Kijowem długo opierała się na tym, że Białoruś występowała w roli bezpiecznego zaplecza i bazy logistycznej dla Rosji, a wobec Ukrainy – jako zagrożenie z północy.
Mińsk jako sojusznik Moskwy pomagał jej, udostępniając terytorium i infrastrukturę, ale nie angażując się bezpośrednio w konflikt, tzn. – nie wysyłając na wojnę swoich żołnierzy. Dopóki Rosja wydawała się pewną osłoną, ta konstrukcja działała. Łukaszenka mógł chełpić się gwarancjami sojuszniczymi Moskwy, straszyć Oriesznikiem i bronią jądrową, którą rzekomo na terytorium Białorusi rozmieścił większy sąsiad. Taka postawa nie groziła mu natychmiastowymi kosztami.
Teraz sytuacja się zmieniła – koszty się pojawiły. Zmiana ta przejawiła się w złagodzeniu retoryki Łukaszenki wobec Kijowa i zaostrzeniu ultimatów ze strony Wołodymyra Zełenskiego. Równowaga sił pomiędzy tymi dwoma krajami zmieniła się przede wszystkim dlatego, że ukraińskie ataki o dalekim zasięgu przestały być abstrakcją. Kijów nauczył się dosięgać rosyjskich lotnisk, infrastruktury energetycznej nawet na Syberii (6 lipca siły ukraińskie skutecznie zaatakowały rafinerię w Omsku, ok. 2,5 tys. km od granicy – red.), a także obiektów pod Moskwą.
Ukraińskie drony i nowa rzeczywistość
Dla Mińska to nieprzyjemna konstatacja – jeśli ukraińskie drony przebijają obronę powietrzną Rosji na takiej odległości, to białoruskie rafinerie, przedsiębiorstwa zbrojeniowe, magazyny i węzły łączności znajdujące się znacznie bliżej granicy, nie są już tak chronione.
W czerwcu Łukaszenka przyznał się do swojej słabości. W wywiadzie dla arabskiej telewizji przeprosił Zełenskiego za wcześniejsze obelgi pod jego adresem. To gest skrajnie rzadki dla białoruskiego autokraty, zwłaszcza jeśli jest skierowany wobec wrogiego przywódcy. Oprócz tego Łukaszenka powiedział wprost, że Białoruś jest podatna na ataki, jeśli Ukraina zacznie ją ostrzeliwać tak samo jak Rosję. A także – że ani Mińsk, ani Moskwa nie są w stanie zabezpieczyć dodatkowych 1,5 tys. km potencjalnego frontu. Jak na polityka, który przez dziesięciolecia budował swój wizerunek gospodarza, „baćki” (ojczulka), który wszystko kontroluje, było to bezprecedensowe przyznanie się do słabości swojej i rosyjskiego parasola.
Najbardziej dobitnym przykładem nowej linii politycznej była sytuacja związana z retransmitatorami (przekaźnikami). Zełenski zażądał publicznie, by Mińsk wyłączył urządzenia na masztach łączności mobilnej, które były używane do nawigacji rosyjskich dronów podczas ataków na północy Ukrainy. Ukraiński prezydent zagroził, że Kijów zrobi to samodzielnie, jeśli Łukaszenka nie spełni tego żądania w ciągu tygodnia.
Skoro sprawa została podjęta na forum publicznym, było jasne, że Mińsk powinien liczyć się z prawdopodobieństwem bezpośredniego uderzenia na swoim terytorium. Po kilku dniach pojawiły się sygnały, wskazujące na to, że urządzenia przestały działać – rosyjskie drony przestały latać wzdłuż ukraińsko-białoruskiej granicy, a Zełenski oświadczył, że sprawa została rozwiązana.
Logika samodzielnych ustępstw
Takie balansowanie różni się od wcześniejszych manewrów Mińska. Dotychczas Łukaszenka lawirował w celu osłabienia sankcji, odzyskania międzynarodowej legitymacji albo poprawienia swojej pozycji w oczach Moskwy. Teraz motywacja jest inna – to strach przed atakiem wojskowym, a więc obawy o osobiste bezpieczeństwo i bezpieczeństwo państwa. Rosja, która miała być gwarantem w obliczu podobnych zagrożeń, nie zdołała zaproponować działającego rozwiązania nawet dla siebie samej. Moskwa nie zatrzymała ukraińskich ataków na swoim zapleczu, nie znalazła przekonującej reakcji oprócz krwawych bombardowań Kijowa, nie zapewniła bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej nad kluczowymi obiektami. Tym trudniej jest oczekiwać, że ochroni ona białoruskie rafinerie i infrastrukturę lepiej niż swoje własne.
To właśnie stąd bierze się logika samodzielnych ustępstw. Jeśli gwarant nie „gwarantuje”, to trzeba samemu podejmować działania na rzecz ograniczenia ryzyka. Wyłączyć przekaźniki jest łatwiej niż ryzykować pierwszy ukraiński atak na terytorium Białorusi i obserwować, jak lokalny problem przekształca się w spiralę wojennej eskalacji.
Ryzyko z dwóch stron
Ta nowa elastyczność Mińska niesie w sobie jednak podwójne ryzyko. Pierwsze dotyczy Ukrainy – Kijów po sukcesie w sprawie przekaźników może ulec pokusie, by przetestować granice ustępliwości Łukaszenki. Zełenski sugerował już, że nie podobają mu się także inne formy wsparcia udzielanego Rosji przez Białoruś – praca przedsiębiorstw zbrojeniowych oraz dostawy paliwa. Jak na razie były to bardziej aluzje niż bezpośrednie ultimatum. Jeśli jednak do niego dojdzie, Łukaszenka może utracić przestrzeń do cichego ustępstwa. Niewykonanie takiego ultimatum oznaczałoby cios w reputację Ukrainy, a wypełnienie go – nowy etap eskalacji.
Powtórna lądowa inwazja z terytorium Białorusi nawet w takim scenariuszu pozostaje mało prawdopodobna. Bez nowej mobilizacji Moskwa nie ma oczywistych zasobów do stworzenia dużego zgrupowania na północy. Białoruska armia jest z kolei zbyt mała i źle przygotowana do wojny ofensywnej w warunkach, w których drony niszczą nawet znacznie bardziej doświadczone siły. Powtórzenie wydarzeń z lutego 2022 r. jest niemożliwe także dlatego, że Ukraina spodziewałaby się takiego uderzenia, a granica na północy została już dawno umocniona. Mimo to wciąż istnieją niebezpieczne warianty – Rosja i Białoruś mogłyby wrócić do praktyki z 2022 r. i wykorzystać białoruskie terytorium do wystrzeliwania rakiet i dronów przeciwko Ukrainie.
Najbardziej dramatyczny scenariusz to taki, w którym Putin zdecydowałby się na eskalację wobec NATO. Jeśli pomoc wojskowa ze strony sojusznika Rosji stałaby się uzasadnieniem do ataku na tego sojusznika, to Moskwa mogłaby użyć tej samej logiki do uzasadnienia ataków na infrastrukturę zaopatrzenia dla Ukrainy, np. na terytorium Polski. Nie oznacza to, że Putin zdecyduje się na wojnę z NATO z powodu Łukaszenki, ale jeśli na Kremlu pojawiłaby się gotowość do takiej wojny, to ukraińskie ataki na Białoruś staną się wygodnym pretekstem.
Drugie ryzyko, które niesie w sobie nowa linia lawirowania Mińska – to ryzyko ze strony Rosji. Sprawa przekaźników była stosunkowo niedużym ustępstwem i Łukaszenka mógł przekonać Putina co do jego racjonalności. Na jednej szali tej wagi było kilka obiektów, ułatwiających nawigację rosyjskich dronów. Na drugiej – groźba utraty terytorium Białorusi jako stosunkowo bezpiecznego zaplecza, bazy surowcowej, przestrzeni dla logistyki wojskowej i dostaw paliwa. Rosja – jak się wydaje – może przełknąć takie ustępstwo, o ile zapobiega ono znacznie większym stratom.
Ograniczone pole manewru
Cierpliwość Moskwy nie jest jednak nieograniczona. Jeśli Mińsk zrezygnowałby z bardziej istotnych form wsparcia, na Kremlu niechybnie powstanie pytanie o sens posiadania takiego sojusznika, którego przeciwnik może dowolną groźbą skłonić do zdystansowania się. Wówczas presja może nadejść już nie z Kijowa, ale z Moskwy, by pokazać Łukaszence, że dalsze ustępstwa wobec Ukrainy niosą w sobie większe zagrożenie niż stawianie jej oporu.
Wydaje się, że władze w Kijowie rozumieją granice możliwego i delikatność sytuacji, w której znajduje się Łukaszenka. Po miesiącach słownej eskalacji prezydent Zełenski i szef jego kancelarii Kyryło Budanow oświadczyli, że Łukaszenka usłyszał ostrzeżenia i rozumie całe ryzyko związane z wciągnięciem kraju w wojnie.
Dla Rosji jednak ta sytuacja jest symptomem ogólnej erozji jej siły i autorytetu. Jej najbliższy sojusznik, najbardziej zależny i najbardziej lojalny, nie może już czuć się w pełni bezpieczny pod rosyjską osłoną. Jeszcze do niedawna Łukaszenka wykorzystywał rosyjską potęgę jako własny atut, strasząc sąsiadów swoim sojuszem z Moskwą. Teraz widzi, że ta siła nie zapewnia mu nawet bazowej osłony wobec zagrożenia ze strony ukraińskich dronów. Jeśli osłabienie Rosji będzie się pogłębiać, Mińsk będzie lawirować jeszcze mocniej – nie dlatego, że Łukaszenka stał się bardziej odważny, ale dlatego że strach przed utratą oparcia przeważy nad obawą przed drażnieniem słabnącej Moskwy.
W tym sensie Łukaszenka stał się bardziej wrażliwy wobec sytuacji na froncie niż sam Putin. Szybciej dostrzega, że postęp technologiczny w tej wojnie i niezdolność Rosji do odniesienia w niej zwycięstwa wpływa na koszty i ryzyka związane z sojuszem z Moskwą. Sprawa przekaźników pokazała, że podmiotowość Mińska w kwestiach bezpieczeństwa jest ograniczona, ale nie jest zerowa, jak dotychczas powszechnie uważano w naszym regionie.