Dlaczego mieszkańcy Białorusi nie protestują przeciwko Alaksandrowi Łukaszence? To pytanie można usłyszeć zarówno od tych, którzy sympatyzują z opozycją demokratyczną, jak i od tych, którzy próbują przekonywać, że na Białorusi żyje się świetnie i brak niepokojów społecznych jest dowodem na pełne zadowolenie z sytuacji w kraju. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta – bo nie mają jak. 

- Ludzie nie są kamikadze. Pięć lat brutalnych nawet jak na Białoruś represji zrobiło swoje. Dzisiaj każdy zdaje sobie sprawę, że jakakolwiek, nawet najdrobniejsza forma sprzeciwu nie tylko jest skazana na porażkę, ale przede wszystkim oznacza wiele lat więzienia – mówi nam Alaksandr Kłaskouski, analityk polityczny niezależnego portalu Pozirk, który od lat jest zmuszony do działania na emigracji w obawie przed represjami. Dokładne dane na temat liczby emigrantów po wyborach 2020 r. trudno podać, ale szacunki mówią, że może to być nawet ponad pół miliona ludzi. 

- Ponadto w ciągu tych ostatnich lat umocniła się świadomość, że Łukaszenka całkowicie opiera się na Rosji. I że nawet hipotetycznie, gdyby doszło do protestu, zagrażającego reżimowi, to wtedy po prostu „Rosja wprowadzi wojska na Białoruś” – dodaje Kłaskouski. Paradoksalnie, nie tylko Moskwie, ale w jakimś stopniu także Mińskowi sprzyja rosyjska (i wspierana białoruskie władze) wojna przeciwko Ukrainie. – Propaganda może używać jej jako straszaka – dodaje analityk.

Na sytuację i nastroje na Białorusi wpływa wojna w sąsiedniej Ukrainie, którą państwowa propaganda zafałszowuje, powtarzające rosyjskiej narracje. Alaksandr Łukaszenka jest w tej wojnie sojusznikiem Moskwy, ale w polityce wewnętrznej dyskontuje fakt, że żołnierze z jego kraju nie uczestniczą w działaniach zbrojnych na terenie sąsiada, przypisując to sobie jako zasługę. 

– Rzeczywiście, on skutecznie odwołuje się do genetycznego lęku Białorusinów przed wojną i przez sporą część społeczeństwa jest postrzegany jako „gwarant” niezaangażowania zwykłych Białorusinów w ten konflikt – mówi Kłaskouski. 

„Nie walczę, bo chce mi się żyć” – to parafraza słów jednej z piosenek, zasłyszanych na białoruskim koncercie w emigracji. Wydaje się dobrze oddawać sytuację tych, którzy może i chcieliby na Białorusi zmian, ale nie widzą możliwości i przestrzeni do działania. Przede wszystkim zaś, zdają sobie sprawę z kosztów i ryzyka protestu. 

Kłaskouski tłumaczy, że wobec paraliżu życia politycznego i społecznego, większość ludzi wybiera apolityczność i skupienie się na życiu codziennym.

– Cząstkowe badania społeczne (niezależne sondaże na Białorusi są zakazane przez władze, lecz socjolodzy próbują przeprowadzać badania zdalnie – red.) szacują, że twardzi zwolennicy Łukaszenki to ok. 20-25 proc., przeciwko niemu jest ok. 15 proc. Badacze podkreślają przy tym, że czynnik strachu wynosi ok. 10 proc. - wielu respondentów boi się przyznawać, że są przeciwko. Wszystko to nie znaczy, że zwolennicy zmian są w mniejszości. Ta większość, która dzisiaj jest bierna, po prostu adaptuje się do sytuacji. Natomiast najpewniej w przypadku otwarcia się Białorusi i reform, w dużej części poparłaby je. Pokazał to zryw polityczny w 2020 r., gdy w większości apolityczne społeczeństwo dołączyło do protestu, czując, że jest on masowy i daje nadzieję na zmianę – wyjaśnia Kłaskouski.

Na pierwszy rzut oka na Białorusi panuje „normalność”. Pomimo rosnącej izolacji tego kraju od Zachodu w sklepach są towary (także zachodnie, które trafiają tam według Kłaskouskiego przez obchodzenie sankcji), a codziennie życie toczy się dalej. Nie doszło do załamania gospodarki, którego spodziewała się część komentatorów, a na ulicach nadal „jest czysto”, co jest szczególną dumą Alaksandra Łukaszenki, byłego dyrektora sowchozu. 

Białorusini chodzą do pracy i do szkoły, wysyłają dzieci na zajęcia z baletu i na basen. Rzeczywistość nie jest szarobura, a ludzie na ulicy uśmiechają się. Lotów na Zachód nie ma, ale bogatsi obywatele wyjeżdżają na wakacje do Turcji, Egiptu, Rosji czy krajów Azji. Ci, którzy cechują się ponadprzeciętnym samozaparciem, wciąż podróżują drogą lądową do Polski czy na Litwę, chociaż wizę dostać jest teraz bardzo trudno, a na granicy trzeba spędzić nawet kilka dni.

W rozmowach na temat sytuacji na Białorusi przewija się rozdrażnienie, gdy poruszany jest temat Rosjan odwiedzających ten kraj. Liczba turystów z kraju sojusznika w ostatnich latach znacznie wzrosła, co wynika z szeregu przyczyn, ale przede wszystkim z tego, że Rosjanie od początku wojny nie mają możliwości podróżowania na Zachód. Mińsk i inne miasta Białorusi na mapie destynacji turystycznych wyglądają całkiem atrakcyjnie – są bliskie kulturowo, tanie, łatwo dostępne. Można jednak usłyszeć, że Rosjanie jako goście są zbyt „ofensywni”, czują się „za bardzo u siebie” i dają Białorusinom odczuć, że czują się lepsi od nich.

W przestrzeni publicznej narzekań nie słychać, ale Białorusini zauważają pogorszenie swojej sytuacji gospodarczej. W prywatnych rozmowach zwracają uwagę przede wszystkim na to, że w ostatnich latach ceny znacznie wzrosły, a jakość towarów, zwłaszcza żywności jest gorsza. W 2020 r. za 150 rubli (wtedy była to równowartość ok. 170 zł) „można było zrobić porządne duże zakupy, a teraz to po prostu kilka produktów”. 

Ręczne sterowanie doprowadza też do paradoksów – na Białorusi w tym roku zabrakło ziemniaków, a problemy były także z innymi warzywami, takimi jak marchew, kapusta czy ogórki. 

- Łukaszenka zdołał utrzymać gospodarkę pod presją sankcji Zachodu przez reorientację na Rosję, Chiny i inne kraje. W ostatnich latach rósł zarówno PKB, jak i dochody obywateli. Wygląda na to, że teraz stan gospodarki pogarsza się i zmierza w kierunku stagnacji – mówi Kłaskouski.

Jak dodaje, pracownicy zakładów państwowych byli wręcz przepłacani, bo brakowało rąk do pracy. W związku z tym władze ogłosiły plany sprowadzenia do kraju migrantów zarobkowych z Azji. 

Zdaniem Alaksandra Kłaskouskiego większość Białorusinów wybiera dzisiaj tryb przetrwania. „Adaptacja do warunków, na które nie można wpłynąć, jest zrozumiałą reakcją. To w moim odczuciu nie oznacza akceptacji reżimu, lecz raczej czekanie na moment, gdy koszt oporu stanie się mniejszy niż koszt milczenia” – mówi Kłaskouski. 
 

O Autorce

Justyna Prus jest kierowniczką działu zagranicznego w Polskiej Agencji Prasowej. Wcześniej jako korespondentka PAP pracowała na Białorusi i w Rumunii. Była również korespondentką w Moskwie gazety „Rzeczpospolita” w latach 2009-2010.