Dla Źmiciera, byłego pracownika koncernu Biełaruśkalij – jednego z flagowych zakładów białoruskiego przemysłu – wybór drogi życiowej był przesądzony od dzieciństwa. W jego rodzinnym Salihorsku, mieście zbudowanym wokół wielkiego przedsiębiorstwa państwowego, biznes prywatny był nie tylko czymś obcym, ale wręcz wstydliwym.

Historia Źmiciera to klucz do zrozumienia całego modelu gospodarczego dzisiejszej Białorusi, gdzie państwo pozostaje głównym pracodawcą, nadzorcą, a nierzadko także gwarantem przetrwania.

– Urodziłem się w połowie lat 80. XX w. – opowiada Źmicier, prosząc o nieujawnianie nazwiska z obawy o bezpieczeństwo bliskich, wciąż przebywających na Białorusi. – W moim rodzinnym Salihorsku wszystko tak czy inaczej było związane z Biełaruśkalijem. Kiedy w latach 90. zaczęły pojawiać się pierwsze bazary i prywatny biznes, traktowano je z pogardą. Inicjatywa prywatna była uważana za coś nieprzyzwoitego. Było takie słowo – „spekulant”. I mama, i ojciec walczyli ze wstydem, gdy musieli pójść na rynek, żeby coś sprzedać – po prostu po to, żeby dorobić, bo pieniędzy prawie nie było. To przecież wstyd być spekulantem. Dlatego od dzieciństwa byłem przekonany, że gdy dorosnę, pójdę do Biełaruśkaliju – tak samo jak mój tata, wujek czy starszy brat – wspomina mój rozmówca.

Biełaruśkalij to jeden z czołowych białoruskich koncernów państwowych, producent nawozów potasowych. To największy zakład górniczy na Białorusi i jeden z największych na świecie, zajmujący się wydobyciem soli potasowej. Przedsiębiorstwo zatrudnia około 17 tysięcy osób (dane z 2023 r.). Od 2022 roku Biełaruśkalij objęty jest sankcjami UE, Szwajcarii i Kanady, a od 2021 roku – także Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Niechętne prywatnej inicjatywie spojrzenie na świat, pielęgnowane przez dziesięciolecia radzieckiej propagandy i wzmocnione przez realia lat 90., ukształtowało całe pokolenia Białorusinów.

Przedsiębiorstwo państwowe postrzegano nie tylko jako miejsce pracy, ale jako ostoję stabilności i gwarancję skromnego, lecz przewidywalnego życia. Z kolei sektor prywatny kojarzył się z ryzykiem, niestabilnością, a nawet oszustwem. Jednak za fasadą tej państwowej stabilności kryje się złożona i pełna sprzeczności rzeczywistość gospodarcza.

Iluzja siły: sektor państwowy na dotacjach

Białoruski model gospodarczy często określany jest jako zorientowany na państwo. Liczby to potwierdzają – według różnych ocen sektor państwowy zapewnia około połowy wartości dodanej brutto i do dwóch trzecich miejsc pracy w kraju. Ta potęga jest jednak w dużym stopniu sztuczna i utrzymuje się dzięki stałemu wsparciu finansowemu państwa.

Nawet najbardziej dochodowe giganty nie mogą obejść się bez pomocy władz. Biełaruśkalij, w którym niegdyś pracował Źmicier, według danych niezależnego portalu Zierkało tylko w 2024 r. otrzymał subwencje o wartości 358 mln rubli białoruskich (ok. 110 mln dol.). Z tego 346 mln stanowiły ulgi podatkowe, zatwierdzone specjalnym dekretem przez Alaksandra Łukaszenkę, a kolejne 12 mln – odsetki od kredytów opłacone z budżetu państwa.

Ten przykład jest znamienny – skoro nawet sztandarowe przedsiębiorstwo eksportowe, które przynosi krajowi walutę, potrzebuje ciągłych dotacji i ulg, to co powiedzieć o setkach innych, mniej efektywnych zakładów? System ten tworzy paradoks: formalnie fundament gospodarki, sektor państwowy w istocie jest jej głównym biorcą i funkcjonuje dzięki nieustannemu transferowi środków z budżetu.

Dwie gospodarki w jednym państwie – portret w liczbach

Pomimo dominacji sektora państwowego struktura białoruskiej gospodarki nie jest jednorodna. Udział małych i średnich przedsiębiorstw, które w większości są prywatne, stanowi niemal 30 proc. PKB. Pod względem liczby firm sektor prywatny już dawno prześcignął państwowy – jeszcze w 2019 r. przedsiębiorstwa państwowe stanowiły jedynie 19,4 proc. ogółu, podczas gdy prywatne i mieszane formy własności – aż 80,6 proc. (źródło). Jednak pod względem skali wpływu i zasobów to sektor państwowy wciąż dominuje: posiada 67,6 proc. aktywów trwałych i zatrudnia ok. 56,7 proc. siły roboczej (UNECE).

W ostatnich latach można było dostrzec powolny, ale wyraźny zwrot w kierunku prywatnego zatrudnienia. Według danych Narodowego Komitetu Statystycznego w 2024 r. 57 proc. zatrudnionych pracowało w sektorze prywatnym, a 38,6 proc. – w państwowym. Niezależny ośrodek BEROC podaje nieco inne liczby, jednak trend pozostaje wyraźny – ludzie stopniowo odchodzą od sektora państwowego na rzecz prywatnego, mimo ogólnego spadku zatrudnienia w kraju (źródło).

Jednocześnie efektywność obu sektorów jest nieporównywalna. Odsetek przedsiębiorstw państwowych przynoszących straty wprawdzie się zmniejsza, ale zyski w firmach z udziałem państwa spadają jeszcze szybciej.

Ręka państwa – pensje i kontrola

– Wchodzisz codziennie przez bramę zakładu i wszystko jest szare. Obok wisi tablica ze zdjęciami „przodowników pracy”. Patrzysz na to i nie rozumiesz, dlaczego to oni tam są, a nie ty? To była zwykła szopka, nie wiadomo po co – tak Źmicier wspomina swoją robotniczą rutynę.

Ta pokazówka i ręczne sterowanie dotyczyły całej polityki gospodarczej, w tym ustalania wynagrodzeń. Państwo chce regulować pensje nie tylko „u siebie”, ale i w sektorze prywatnym. Łukaszenka nakazał np. rządowi, by przedsiębiorstwa prywatne nie płaciły mniej niż dziesięć wiodących zakładów państwowych. – W ten sposób skontrolujemy także wynagrodzenia u tych, którzy uważają siebie za wolnych od wszystkiego – mówił.

Próby łatania nieefektywności sektora państwowego dotacjami i nakazami to na Białorusi norma.

Moje myślenie się zmieniło

Historia Źmiciera, podobnie jak wielu innych Białorusinów, weszła w ostry zakręt w 2020 r. Po wybuchu masowych protestów przeciwko sfałszowanym wyborom prezydenckim i przemocy struktur siłowych w salihorskich zakładach rozpoczął się strajk. Dołączył do niego również Źmicier. Za udział został zatrzymany i skazany na 15 dni aresztu. Po przesłuchaniach przez KGB zdecydował się wyjechać z kraju, obawiając się sprawy karnej. Trafił do Polski, gdzie – jak mówi – jego spojrzenie na gospodarkę radykalnie się zmieniło.

Moje myślenie o tym, że wszystko powinno być państwowe, wywróciło się do góry nogami – opowiada. – W Polsce nie ma państwowych biznesów takich jak na Białorusi. Wszyscy moi znajomi pracują w sektorze prywatnym. Ja też pracuję w firmie prywatnej i moja pensja jest stabilna, a nawet rośnie. W Polsce moje myślenie się zmieniło. Chciałbym wkrótce założyć własny biznes, a kiedyś – po powrocie na Białoruś – kontynuować działalność tam. Z korzyścią dla kraju, dla ludzi, dla swoich bliskich – mówi.

Ta przemiana, którą przeszedł Źmicier, czeka całą białoruską gospodarkę. To droga od modelu paternalistycznego, w którym państwo jest głównym, choć często nieefektywnym, pracodawcą, do systemu rynkowego, gdzie inicjatywa prywatna stanowi napęd rozwoju. Wymaga to jednak nie tylko reform gospodarczych, ale też fundamentalnych zmian w świadomości – odrzucenia wstydu i niechęci wobec prywatnej przedsiębiorczości, które przez dekady były kultywowane w społeczeństwie.

 

Autor korzysta z pseudonimu ze względów osobistych. Przez lata pracował jako dziennikarz w białoruskich mediach niezależnych. 

Tłumaczyła Justyna Prus.