Alaksandr Łukaszenka, ku zaskoczeniu wielu, stał się jednym z głównych beneficjentów drugiej prezydentury Donalda Trumpa. Już od ponad roku Mińsk i Waszyngton działają na rzecz normalizacji relacji.

Łukaszenka jest w USA oficjalnie uznawany za prezydenta (przynajmniej tak tytułuje go w korespondencji Donald Trump), otrzymał zaproszenie do Rady Pokoju, regularnie przyjmuje amerykańskie delegacje. USA zniosły też część sankcji – na linie lotnicze Belavia i na białoruskie nawozy potasowe.

W tym procesie niemałą rolę odegrał zbieg okoliczności, jak w przypadku wielu innych działań amerykańskiej administracji. Nie należy jednak umniejszać roli strategicznego podejścia Mińska i poszukiwania kluczyka do serca amerykańskiego prezydenta. Łukaszenka szybko zdał sobie sprawę, jakie karty trzyma w ręku i jak nimi grać, by uzyskać maksimum korzyści z transakcyjnej administracji amerykańskiej, nie burząc przy tym swojego egzystencjalnego sojuszu z Rosją.

Łukaszenka szuka swojej niszy

Pierwsza sztuczka białoruskiego lidera to w porę wysyłane prezenty. Mniej niż tydzień po inauguracji Donalda Trumpa, w styczniu 2025 r., Łukaszenka wypuścił z więzienia obywatelkę USA Anastasię Nuhfer. Tym samym dał amerykańskiemu sekretarzowi stanu Marco Rubio możliwość ogłoszenia natychmiastowego sukcesu swojego szefa: nowy prezydent zaledwie objął urząd, a inni przywódcy już okazują mu szacunek.

Łukaszenka zrozumiał, że administracja Trumpa ceni możliwość pokazania swojej skuteczności bardziej niż jej poprzednicy – demokraci. Nie ograniczył się do jednego ułaskawienia. Dwa tygodnie później na wolność wyszedł jeszcze jeden obywatel USA, a także dziennikarz Radia Swaboda i ciężko chora białoruska więźniarka polityczna. Łukaszenka nie domagał się w zamian żadnych ustępstw. Chodziło mu o to, by przyciągnąć uwagę Białego Domu i pokazać, że w Europie Wschodniej jest człowiek gotów rozmawiać językiem transakcji, tak bliskim Donaldowi Trumpowi.

Sztuczka numer dwa – i jest to uniwersalny przepis dla każdego potencjalnego partnera obecnej administracji USA – to obfitość pochlebstw. Łukaszenka bez skrępowania przez cały 2025 rok nazywał się „trumpistą”, wychwalał wszystkie pokojowe inicjatywy Trumpa i poparł jego nominację do Pokojowej Nagrody Nobla. Żeby trafić na radary ruchu MAGA, pierwszego swojego wywiadu skierowanego w 2025 r. do odbiorców amerykańskich udzielił blogerowi z orbity Elona Muska – Mario Naufalowi. Te aktywne działania przyniosły efekt i Biały Dom zwrócił uwagę na Łukaszenkę. Do Mińska zaczęły jeździć delegacje amerykańskie, których nieformalnym liderem został były prawnik Trumpa John Coale. W związku z jego pierwszą wizytą Łukaszenka wypuścił z więzienia jeszcze jednego obywatela USA – Jurasia Ziankowicza. Był to trzeci prezent bez oczekiwania na niezwłoczne wzajemne gesty.

Kiedy Coale odwiedził Mińsk ponownie w czerwcu, razem ze swoim ówczesnym przełożonym, specjalnym wysłannikiem Trumpa ds. Ukrainy Keithem Kelloggiem, białoruski przywódca zrozumiał, że nadszedł czas, by podwyższyć stawkę. Na wolność wyszedł jeden z liderów opozycji (niedoszły kandydat w wyborach prezydenckich 2020 r. – red.) Siarhiej Cichanouski oraz grupa obywateli zagranicznych. To kolejne podarowane Trumpowi zwycięstwo zasłużyło nawet na post w jego sieci Truth Social, w którym białoruski polityk został nazwany „szanownym prezydentem”, a przywódca USA nakreślił plan wyzwolenia ok. 1300 więźniów politycznych. Uwolnieniem można to jednak nazwać tylko warunkowo: Łukaszenka przymusowo deportuje tych ludzi z Białorusi, a niektórym nawet nie są wydawane dokumenty, by nie przyszła im do głowy myśl o powrocie.

Trzecia sztuczka to technika przećwiczona w ciągu dziesięcioleci przyjaźni z Putinem. Białoruski autokrata wie, że należy być nie tylko lojalnym, ale też użytecznym. W związku z tym już od pierwszych miesięcy swojego dialogu z Waszyngtonem próbował ustalić, jakie usługi mógłby wyświadczyć administracji amerykańskiej, przy uwzględnieniu swojej niewielkiej wagi geopolitycznej.

W tym celu Łukaszenka najpierw prezentował się Amerykanom jako bliski doradca i przyjaciel Władimira Putina, który rozumie sposób myślenia rosyjskiego prezydenta i może przekazywać mu określone komunikaty. Nie wiadomo, jak długo i na ile skutecznie, ale trwało to co najmniej kilka miesięcy – wiosną i latem 2025 r. USA rzeczywiście okazywały Łukaszence zainteresowanie w tym kontekście. Świadczą o tym wypowiedzi amerykańskich negocjatorów, czerwcowa wizyta odpowiedzialnego za Ukrainę Kellogga i – pośrednio – decyzja Trumpa, by zadzwonić do Łukaszenki z samolotu w drodze na spotkanie z Władimirem Putinem na Alasce.

Jednocześnie przez cały czas Mińsk próbuje sprzedać USA swoje szerzej zakrojone usługi pośrednictwa, np. zorganizowanie w Mińsku platformy dla procesu pokojowego na Ukrainie. Marzeniem Łukaszenki jest przyjęcie na Białorusi nie tylko Trumpa, ale także Putina i Zełenskiego oraz przywrócenie Mińskowi statusu głównego miejsca negocjacji pokojowych. Jednak po tym, jak prezydent Ukrainy spotkał się na początku 2026 r. z liderką białoruskiej opozycji Swiatłaną Cichanouską, zaprosił ją do Kijowa i wprowadził sankcje przeciwko Łukaszence, perspektywa wskrzeszenia „platformy mińskiej” i dostarczenia Trumpowi powodu do odwiedzenia Mińska stała się bardziej mglista.

Kiedy USA przygotowywały się do swojej operacji aresztowania Nicolása Maduro w Wenezueli, Łukaszenka tam także zaproponował swoje pośrednictwo. Publicznie nie wyjaśnił wprawdzie, jak mógłby się przydać, ale chodziło prawdopodobnie o zaoferowanie Maduro azylu na Białorusi. Usługi te okazały się niepotrzebne i USA rozwiązały swój problem innym sposobem. Do zrozumienia strategii Łukaszenki kluczowa jest jednak sama jego chęć bycia zawsze użytecznym.

W końcu, kiedy Trump zaprosił Łukaszenkę do swojego nowego odpowiednika ONZ – Rady Pokoju, białoruski autokrata nie zastanawiał się i jako jeden z pierwszych w Europie podpisał dokumenty o dołączeniu do tej inicjatywy. Chociaż Łukaszenka nie ma nic wspólnego z odbudową Gazy – a formalnie to w tym celu powstawała ta struktura – nie traci on żadnej okazji, by przypomnieć Trumpowi, że w Europie Wschodniej ma gorącego sojusznika dla jego inicjatyw pokojowych.

Nie drażnić niedźwiedzia

Na pierwszy szczyt Rady Pokoju 19 lutego Łukaszenka jednak postanowił nie lecieć – i to prowadzi nas do czwartego, zapewne najważniejszego, elementu podejścia Mińska do dialogu z USA. Dla Łukaszenki kluczowe jest, by nie przekroczyć czerwonych linii Moskwy w tym procesie. W tym celu próbuje z uporem wkomponować swoje rozmowy z USA w kontekst dialogu Waszyngtonu i Moskwy, tłumacząc swojej nomenklaturze i Kremlowi, że dialog Mińska i USA jest dla Rosji korzystny, a nie odwrotnie.

Dlatego też po każdej wizycie delegacji z USA Łukaszenka obowiązkowo wygłasza oświadczenie, że nie zrobi niczego, co zaszkodziłoby „starszemu bratu”, i że tak naprawdę (swoimi działaniami – red.) po prostu pomaga Moskwie i Waszyngtonowi lepiej się nawzajem zrozumieć. Kiedy w grudniu z Białorusi deportowano ostatnią grupę ponad 100 więźniów politycznych na Ukrainę, Łukaszenka tłumaczył to tym, że udało mu się w zamian uzyskać od Kijowa rosyjskich obywateli i ciężko rannych jeńców. A Putin nawet mu za to podziękował.

Jednak w lutym br. Rosja najwyraźniej po raz pierwszy przejawiła zaniepokojenie w związku ze zbyt dynamicznym dialogiem Łukaszenki z USA. W ciągu tygodnia najpierw Służba Wywiadu Zagranicznego, a następnie różni przedstawiciele rosyjskiego MSZ występowali z podobnymi oświadczeniami o tym, że Zachód przygotowuje przewrót na Białorusi w 2030 r., Mińsk nie powinien tracić czujności i ufać Amerykanom, zaś dojście do władzy na Białorusi prozachodnich elit pogrzebałoby wszystkie osiągnięcia integracji obu krajów.

Rzeczniczka MSZ Rosji Marija Zacharowa wspomniała nawet o rosyjskiej broni jądrowej jako jednej z gwarancji bezpieczeństwa Białorusi, gdyby ktoś próbował oderwać ją od Rosji. Brzmiało to jak ostrzeżenie nie tylko dla Zachodu, ale i dla samego Łukaszenki: graj, ale nie przesadzaj.

Nie jest jasne, czy to z tego powodu, ale Łukaszenka postanowił odmówić i nie lecieć do Waszyngtonu na pierwszy szczyt Rady Pokoju Donalda Trumpa, zapowiadając wysłanie tam szefa swojej dyplomacji Maksima Ryżankoua (ostatecznie on również do USA nie dotarł, ponieważ – jak powiadamiało MSZ – Amerykanie nie wydali delegacji wiz). Za to na kilka dni przed spotkaniem Rady Pokoju Łukaszenka spotkał się z jednym z najbardziej nacjonalistycznych rosyjskich polityków, sekretarzem Państwa Związkowego Rosji i Białorusi Siergiejem Głazjewem, by osobiście zapewnić go – a za jego pośrednictwem Moskwę – że nikt nie jest w stanie oderwać Białorusi od Rosji.

Stara gra w nowym świecie

Jaki jest sens tego geopolitycznego tańca? Z jednej strony odpowiedź jest prosta: Łukaszenka zawsze, gdy tylko miał możliwość, balansował i próbował maksymalnie oddalić się od jednostronnej zależności od Moskwy. Nowy etap tego procesu częściowo jest powtórzeniem dawnych prób ocieplenia relacji z Zachodem w 2009 r. i w 2015 r. Z tą różnicą, że wtedy Łukaszenka zaczynał swoją dyplomację od Unii Europejskiej, a tym razem – od bardziej transakcyjnego i mniej przejmującego się prawami człowieka Białego Domu.

Cel tego balansowania też jest oczywisty – chodzi o zniesienie sankcji i ponowne uzyskanie legitymacji na Zachodzie po wyborach 2020 r., ale przeprowadzenie tego bez reformowania reżimu i bez istotnego dystansowania się od Moskwy. Zaledwie tydzień po ostatniej wizycie delegacji USA w Mińsku Rosja rozpoczęła przemieszczanie na lotnisko pod Krzyczewem, na wschodzie Białorusi, sprzętu do rozlokowania rakiet średniego zasięgu Oriesznik, który obejmuje swoim zasięgiem prawie całą Europę. Biorąc pod uwagę, że to białoruskie lotnisko wojskowe znajduje się tuż przy granicy z Rosją, lokalizacja ta nie daje Moskwie żadnych przewag strategicznych, a sam ruch wyraźnie wskazuje na symboliczne i demonstracyjne znaczenie dyslokacji Oriesznika. Według niektórych ocen może to też być kolejny sposób na zdyscyplinowanie Łukaszenki – w każdej chwili wojska rosyjskie mogą przecież użyć go jako pretekstu do wejścia na Białoruś, np. by zabezpieczyć swoje systemy rakietowe w obliczu „zagrożenia terrorystycznego”.

Z drugiej strony na drodze do legitymizacji i wyjścia spod sankcji Łukaszenka napotyka na przeszkodę w postaci Unii Europejskiej i Ukrainy. Jeśli nie liczyć Węgier i Słowacji, w Europie nie ma wielu, którzy chcieliby naśladować amerykańską politykę. I w odróżnieniu od Rosji, dla której kluczowe jest porozumienie się z USA w sprawie stref wpływów mocarstw, dla Łukaszenki to europejskie sankcje są głównym problemem.

Na razie jego taktyka w tej kwestii to raczej wyczekiwanie. Jest nadzieja, że dialog z USA będzie na tyle produktywny, że wcześniej czy później europejska solidarność zacznie się kruszyć, a kolejne kraje przyłączą się do bardziej elastycznej polityki USA. Dlatego też Mińsk z entuzjazmem przygląda się zwycięstwu „protrumpowskiej” koalicji w Czechach i ma nadzieję na dojście do władzy podobnych sił w innych europejskich stolicach.

Po drugie, Łukaszenka spodziewa się, że same USA przyjdą mu na pomoc. Zniesienie sankcji amerykańskich na potas ma niewielki praktyczny sens, dopóki Litwa blokuje tranzyt nawozów potasowych przez swoje porty – bez tego logistyka przez Rosję jest zbyt droga. Ale USA są zainteresowane, by białoruski potas trafiał na światowy rynek, m.in. dlatego, że osłabiłoby to kluczowego globalnego dostawcę – Kanadę, z którą Waszyngton jest uwikłany w przedłużający się spór handlowy. Mińsk najwyraźniej spodziewa się, że Litwa nie będzie w stanie długo opierać się, jeśli znajdzie się pod presją zarówno Waszyngtonu, jak i własnego biznesu, który chciałby znów zarabiać na tranzycie białoruskich nawozów.

I w końcu, po trzecie, Łukaszenka wiąże wielkie nadzieje z procesem pokojowym w sprawie wojny na Ukrainie. Jeśli rozejm doprowadziłby do zniesienia przynajmniej części sankcji na Rosję, wprowadzonych od 2022 r., to automatycznie mogłyby zostać zdjęte także z Białorusi, ponieważ były wprowadzane pakietowo. Jeśli do tego Mińskowi udałoby się zbudować proces dyplomatyczny, wziąć udział w rozmowach z udziałem dużych światowych graczy – pod wspólnym błogosławieństwem Putina i Trumpa – efekt dla międzynarodowej legitymizacji Łukaszenki byłby jeszcze silniejszy.

Plan ten, jak się wydaje, zaczyna się chwiać, ponieważ Zełenski jasno daje do zrozumienia, że nie dopuści do udziału Łukaszenki w procesie pokojowym, a już tym bardziej – do rozmów w Mińsku. Ale lepszego planu Łukaszenka na razie nie ma. Czynnik Trumpa dotychczas raczej działał na korzyść Mińska, dlatego dopóki w USA będzie u władzy taka administracja, Łukaszenka będzie maksymalnie wykorzystywać tę szansę.

*Artem Szrajbman jest białoruskim analitykiem politycznym mieszkającym w Warszawie i twórcą ośrodka analitycznego Sense Analytics. Jest także współpracownikiem Carnegie Russia Eurasia Center.

Tłumaczyła Justyna Prus (PAP).