Choć tożsamościowo-historyczny spór o zjednoczenie Mołdawii i Rumunii ma charakter egzystencjalny – jego stawką jest przecież samo istnienie państwa i narodu mołdawskiego – to zaangażowani w niego aktorzy zdają się brać w nim udział i podsycać go nie tyle z myślą o przyspieszeniu bądź zablokowaniu potencjalnej fuzji, ile raczej dla osiągania doraźnych celów politycznych. Jak więc instrumentalizowany jest temat „unirei"?
Temat potencjalnego zjednoczenia Rumunii i Mołdawii (zwany z rumuńska „unireą") obecny jest właściwie nieustannie w debacie publicznej toczącej się w tych krajach od przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. W Mołdawii stanowi on wręcz oś sporu politycznego: to stosunek do „unirei", a nie kwestie gospodarcze czy światopoglądowe, wyznacza granicę między lokalną lewicą a prawicą. Ta pierwsza – z reguły prorosyjska – przekonuje, że Mołdawianie stanowią odrębny od Rumunów naród, a republika powinna pozostać niepodległa. Ta druga jest tym bardziej „prawicowa", im bardziej wierzy w przynależność Mołdawian do narodu rumuńskiego i im mocniej opowiada się za połączeniem swego kraju z zachodnim sąsiadem.
W ostatnim półroczu dyskusje o „unirei” – do tej pory w znacznym stopniu akademickie i niewzbudzające nadmiernych emocji czy zainteresowania – nabrały zupełnie nowej dynamiki. Kwestia ta znalazła się na pierwszych stronach mołdawskich i rumuńskich gazet niedługo po tym, jak w trakcie styczniowego wywiadu dla brytyjskiego podcastu „The Rest Is Politics” prezydentka Mołdawii Maia Sandu oświadczyła, że w potencjalnym referendum zjednoczeniowym opowiedziałaby się za przyłączeniem swojej ojczyzny do Rumunii. Deklaracja ta rozpoczęła trwający do dziś po obydwu brzegach granicznego Prutu festiwal politycznych oświadczeń i oskarżeń, prasowych i analitycznych komentarzy oraz – niekiedy kuriozalnych – inicjatyw ustawodawczych.
Bezprecedensowe oświadczenie z precedensem
Zacznijmy od samej prezydentki. Styczniowa deklaracja Sandu została przez światowe media okrzyknięta „sensacyjną”, choć w istocie nie padła z jej ust po raz pierwszy. Liderka mołdawskiego obozu prozachodniego i faktyczna szefowa rządzącej partii Działania i Solidarności (PAS) jest unionistką z przekonania. Uważa się za Rumunkę, posiada rumuński paszport (podobnie jak ponad jedna trzecia jej rodaków i właściwie cały mołdawski rząd) i jeszcze jako liderka opozycji kilkukrotnie publicznie deklarowała, że w ewentualnym referendum zagłosowałaby „za" zjednoczeniem. Wyjątkowe były nie słowa, a okoliczności, w jakich zostały wypowiedziane. Od chwili objęcia stanowiska głowy państwa aż do stycznia br. Sandu unikała jakichkolwiek jednoznacznych deklaracji dotyczących „unirei”. Był to zrozumiały zabieg taktyczny. Wśród elektoratu Sandu oraz PAS znaleźć można zarówno unionistów, jak i „suwerenistów”, którzy choć nie są prorosyjscy i opowiadają się za akcesją do UE, z tych czy innych względów nie są zainteresowani zjednoczeniem z Rumunią. Zdając sobie sprawę, że do zdobycia samodzielnej większości PAS potrzebuje obydwu tych grup, Sandu starała się więc lawirować, unikając jednoznacznych deklaracji. Metoda ta działała. Niechętny zjednoczeniu elektorat uspokajał fakt, że ani ona, ani PAS nie nawoływał do tego w swoim programie, podkreślając, że celem rządu jest przystąpienie do UE. Jednocześnie unioniści traktowali ją jako „swoją”, pamiętając wcześniejsze wypowiedzi sprzed wygranych przez nią w 2020 r. wyborów prezydenckich i traktując promowane przez nią przystąpienie do UE jako krok na drodze ku rumuńskiej macierzy.
Po 6 latach od objęcia prezydenckiego stołka Sandu postanowiła złamać tę zasadę. Nie zrobiła tego jednak przypadkowo. Tak otwarte poparcie dla idei zjednoczeniowej pozwalało mołdawskiej liderce za jednym zamachem załatwić kilka spraw zarówno na scenie krajowej, jak i międzynarodowej.
Klikbaitowa przypominajka
Zacznijmy od tej pierwszej – i jak się wydaje mniej ważnej – kategorii. Retoryczny, prounionistyczny zwrot Sandu stanowić miał ukłon w stronę prozjednoczeniowego elektoratu, który w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy odpływać zaczął stopniowo od PAS w kierunku powiązanej z rumuńskimi radykalnymi narodowcami (ze Związku na rzecz Jedności Rumunów — AUR) partii Demokracja w Domu (DA) Vasilego Costiuca – we wrześniu 2025 r. ugrupowanie to zdobyło 5,6% głosów i weszło do parlamentu jako piąta siła, a w grudniowych sondażach sięgało już ponad 7%. Sprawująca ostatnią, konstytucyjnie nieodnawialną kadencję, Sandu może dziś przypominać swoje przekonania praktycznie bez ryzyka.
Przejdźmy jednak do spraw międzynarodowych. Po pierwsze, Kiszyniów nieustannie zabiega o to, by pochłonięci wojną rosyjsko-ukraińską i mnożącymi się w ostatnim czasie kryzysami międzynarodowymi partnerzy nie stracili z oczu niewielkiej i relatywnie spokojnej Mołdawii. Oczywiste było, że kontrowersyjna deklaracja (szczególnie dla nieobeznanego z mołdawską historią i specyfiką debaty publicznej zachodniego odbiorcy) złożona w trakcie rozmowy z brytyjskimi dziennikarzami wywoła sensację i rozejdzie się szerokim echem w światowych mediach. I tak też się stało, a oczy świata na chwilę zwróciły się w kierunku Kiszyniowa. Nieczęsto zdarza się przecież, by prezydent niepodległego, europejskiego państwa otwarcie deklarował, że opowiada się za jego likwidacją. Śledzący doniesienia z Mołdawii widzowie i czytelnicy usłyszeli nie tylko o stosunku Sandu do zjednoczenia, ale też o tym, że to małe, demokratyczne i dążące do integracji europejskiej państwo czuje się tak zagrożone przez Rosję, że rozważa nawet porzucenie swej niepodległości, by tylko zapewnić swoim obywatelom bezpieczeństwo. Cel został więc osiągnięty. Po wtóre, słowa mołdawskiej liderki miały stanowić swego rodzaju ostrzeżenie skierowane pod adresem Kremla (który stanowczo sprzeciwia się zjednoczeniu obydwu krajów) i próbę zniechęcenia go przed potencjalną eskalacją działań wobec Mołdawii. Przekaz był jasny: próba siłowego podporządkowania sobie tego kraju może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i na trwałe wepchnąć ją w ramiona Bukaresztu.
Nie drzwiami, to zjednoczeniem
Najważniejszy wydaje się jednak powód trzeci. Ponowne rozpalenie tematu zjednoczeniowego (i to za pomocą anglojęzycznego medium, popularnego w europejskich kręgach zajmujących się polityką międzynarodową) miało stanowić subtelną próbę wywarcia presji na Brukselę i państwa UE. By to zrozumieć, należy jednak najpierw przypomnieć sobie o kontekście, w jakim prezydent Sandu złożyła swoją głośną deklarację. Mołdawia – która w 2022 r. uzyskała status kandydata do UE, a w 2024 r. oficjalnie rozpoczęła negocjacje akcesyjne – znajdowała się na początku 2026 r. w trudnej sytuacji. Postępy na drodze ku integracji europejskiej blokowało bowiem węgierskie weto wobec Ukrainy, z którą rząd Viktora Orbana był skonfliktowany. Budapeszt sprzeciwiał się otwarciu tzw. klastrów negocjacyjnych z Kijowem, co automatycznie blokowało także postępy Mołdawii, gdyż procesy akcesyjne obydwu krajów są ze sobą zsynchronizowane. Tymczasem zegar tykał, bo PAS obiecał swojemu elektoratowi zakończenie rozmów i uzyskanie gotowości do członkostwa już w 2028 r. Zaprezentowanie „unirei” jako swoistego „planu B” przez Sandu miało więc nieść za sobą prosty przekaz: oto integracja Mołdawii z Zachodem dokona się tak czy inaczej, najlepiej poprzez członkostwo w UE, ale w razie zablokowania tej ścieżki także drogą zjednoczenia z zachodnim sąsiadem. I tu właśnie pojawia się wspomniana presja. Nie jest tajemnicą, że wiele państw UE (w tym tych najbardziej wpływowych) bez entuzjazmu patrzy na potencjalne połączenie Rumunii i Mołdawii. Niechęć ta nie dotyczy tego konkretnego zjednoczenia, ale wszelkich potencjalnych zmian granic na kontynencie europejskim. „Unirea” może bowiem stanowić precedens dla wielu europejskich ruchów separatystycznych. Sandu oraz PAS tak naprawdę nie dążą do fuzji z Rumunią (w każdym razie nie w najbliższych latach), ale wykorzystują jej widmo, by zmotywować unijnych partnerów do poparcia jej akcesyjnych starań i uniknięcia „kłopotliwego" zjednoczeniowego scenariusza. Mimo że wraz ze zmianą rządu w Budapeszcie udało się ostatecznie odtworzyć dwa z sześciu klastrów (odpowiednio w czerwcu i lipcu br.), to Kiszyniów ustami Sandu oraz innych wysokich dygnitarzy i urzędników wciąż niezmiennie przypomina o swoim planie B. Mające motywować partnerów unijnych do poparcia kiszyniowskich ambicji, „widmo unirei” niezmiennie krąży więc po Europie.
Bójcie się i głosujcie na nas
Mołdawska, prorosyjska lewica także korzysta z tematu zjednoczenia z Rumunią jako swego rodzaju straszaka, choć robi to, rzecz jasna, z kompletnie innych niż PAS przyczyn i adresuje go do zupełnie innego odbiorcy. Ugrupowania reprezentujące to skrzydło mołdawskiej sceny politycznej – na czele z Partią Socjalistów (PSRM) byłego prezydenta Igora Dodona – konsekwentnie prezentują się jako obrońcy mołdawskiej tożsamości (odrębnej ich zdaniem od rumuńskiej) oraz niepodległej państwowości. W Rosji widzą zaś naturalnego sojusznika i głównego gwaranta suwerenności Mołdawii. Pozycjonują się w ten sposób w kontrze nie tylko wobec sił otwarcie unionistycznych, ale nawet sympatyzujących z Rumunią i uznających ZSRR za okupanta partii proeuropejskich, takich jak PAS. W ich narracji wszystkie te ugrupowania i ruchy mają po prostu charakter antypaństwowy i dążą do unicestwienia państwa mołdawskiego (przy czym PAS robić to ma pod „płaszczykiem” integracji europejskiej) oraz rumunizacji jego mieszkańców. Naturalnym elektoratem lewicy są w efekcie ci mieszkańcy kraju, którzy Rumunię postrzegają jako obcy im żywioł i obawiają się o swoją pozycję po ewentualnym zjednoczeniu. Należą do nich zarówno rosyjskojęzyczne mniejszości (stanowiące ok. 20% ogółu mieszkańców kraju), jak i ci Mołdawianie, którzy podzielają wpajaną mieszkańcom Republiki przez niemal 50 lat sowietyzacji ideę odrębności Mołdawian od Rumunów.
Nie powinno więc dziwić, że każda, choćby przychylna zjednoczeniu wypowiedź rumuńskich czy mołdawskich polityków momentalnie podchwytywana jest przez lewicę i wykorzystywana do mobilizacji elektoratu. Nie każdy musi lubić Dodona, ale gdy stawia się wyborcę przed prostą alternatywą: „my albo utrata niepodległości”, łatwiej jest mu przymknąć oko na niedostatki partii i polityków stojących na straży istnienia państwa.
Dlatego też styczniowe słowa Sandu PSRM przyjęła z trudno skrywaną pod grubą warstwą oficjalnego oburzenia radością. Niemal natychmiast chęć głosowania przez prezydentkę za „unireą” okrzyknięto „otwartym aktem zdrady politycznej” i zażądano dymisji głowy państwa oraz rozpoczęcia postępowania karnego i konstytucyjnego wobec niej. Do wezwań tych przyłączyli się też natychmiast mołdawscy komuniści. Równolegle niemal identyczny przekaz suflowały wspierające lewicę rosyjskie media oraz Kreml. Była baszkanka (przewodnicząca) prorosyjskiej Autonomii Gagauskiej, Irina Vlah (liderka partii „Serce Mołdawii”), zaproponowała natomiast organizację referendum à rebours, to jest takiego, w którym wyborcy mogliby zagłosować nie za fuzją z zachodnim sąsiadem, a za utrzymaniem przez Mołdawię niepodległości. Nieco później Socjaliści ruszyli z ogólnokrajową kampanią „Republika Mołdawii – nasza ojczyzna”, której najbardziej widocznym elementem były rozwieszone na terenie całego kraju liczne bilbordy z hasłem: „Republika Mołdawii nie jest Rumunią”.
„Prawdziwi" unioniści
Temat zjednoczenia instrumentalnie wykorzystują także te mołdawskie partie, które programowo jednoznacznie opowiadają się za jego jak najszybszym przeprowadzeniem. Tu najlepszym przykładem będzie ugrupowanie „Demokracja w Domu” (DA). Jego lider, Vasile Costiuc, podobnie jak lewica używa „unirei” do atakowania PAS. Robi to jednak z zupełnie innej pozycji ideologicznej. DA – jako partia unionistyczna – zarzuca Mai Sandu (oraz szerzej, rządzącemu obozowi prozachodniemu), że choć ta mówi o braterstwie z Rumunami, wspólnocie historii, języka i losów, a nawet deklaruje poparcie dla zjednoczenia w ewentualnym referendum, wcale nie zamierza do niego dążyć. Ugrupowanie Costiuca może w ten sposób wyróżniać się na tle PAS i przyciągać unionistyczny elektorat. Dlatego też zaledwie kilka dni po wywiadzie udzielonym przez Sandu Costiuc zapowiedział, że złoży przed parlamentem mołdawskim wniosek o organizację referendum zjednoczeniowego. Jasne było przy tym, że PAS pomysł ten odrzuci, co miało pozwolić DA „obnażyć nieszczerość” partii rządzącej, która choć o „powrocie do macierzy” mówi, cofa się przed podjęciem konkretnych kroków. Obóz rządzący zdołał jednak obrócić pomysł Costiuca przeciwko niemu samemu. Wysocy politycy PAS, na czele z przewodniczącym parlamentu i formalnym liderem ugrupowania, Igorem Grosu, zarzucili mu, że żądanie referendum w chwili, gdy za „unireą” opowiada się ok. 35–40% obywateli, jest w istocie działaniem na szkodę ruchu zjednoczeniowego i sposobem na dostarczenie prorosyjskiej opozycji wymarzonego argumentu propagandowego.
Bukareszt: chętnie, ale później…
Na zachodnim brzegu Prutu temat zjednoczenia z Republiką Mołdawii jest nie mniej instrumentalizowany niż na wschodnim. Bukaresztański polityczny mainstream oficjalnie od lat powtarza w zasadzie tę samą formułę: Rumunia jest gotowa, uważa Mołdawian za Rumunów oderwanych od ojczyzny siłą paktem Ribbentrop–Mołotow i czeka na ich powrót do macierzy z otwartymi ramionami – wszystko zależy jednak od woli samych Besarabczyków (historyczny region, na którego obszarze zlokalizowana jest niemal cała dzisiejsza Mołdawia, bez separatystycznego Naddniestrza). Dokładnie tak samo do sprawy odnosi się także obecny, wybrany w maju 2025 r. prezydent Nicușor Dan. I trudno się temu dziwić, bo zjednoczenie co do zasady popiera zdecydowana większość Rumunów (72% wedle sondażu z maja br.), dla których ponowne przyłączenie ziem zapruckich stanowi swoisty projekt godnościowy. W praktyce partie głównego nurtu nie są jednak skłonne podejmować żadnych zdecydowanych kroków w celu inkorporacji wschodniego sąsiada. Stare rumuńskie elity rozumieją bowiem doskonale, jak trudny, kosztowny i ryzykowny byłby to proces – zwłaszcza dziś, gdy kraj tkwi w kryzysie gospodarczym. Dlatego też mainstream podchodzi do sprawy nieco inaczej: aktywnie wspiera integrację europejską Mołdawii, przerzucając w ten sposób główny ciężar modernizacji tego kraju na UE. Założenie jest proste – po udanej akcesji zjednoczenie będzie dużo łatwiejsze i nieporównywalnie tańsze. Fundusze unijne doprowadzą do zmniejszenia różnic infrastrukturalnych między obydwoma krajami (i zdejmą z Bukaresztu konieczność zainwestowania w inkorporowanej Mołdawii gigantycznych środków), a konieczność przyjęcia przez Kiszyniów unijnego acquis communautaire (co stanowi warunek sine qua non akcesji) w praktyce zsynchronizuje systemy prawne tych państw.
Podejście takie krytykuje jednak radykalna, prawicowa i niechętna pogłębianiu integracji europejskiej opozycja rumuńska, na czele z partią AUR. To cieszące się obecnie nawet 40% poparciem (i dysponujące ok. 18% mandatów w parlamencie) ugrupowanie uznaje postawę mainstreamu za nieskuteczną i niepatriotyczną, wynikającą z podporządkowania Berlinowi, Paryżowi i Brukseli, które – jego zdaniem – zjednoczenia nie chcą. Stosuje więc w praktyce taką samą narrację jak DA (co nie dziwi, bo „Demokracja w Domu” to właściwie filia AUR w Mołdawii). Robi to też z tych samych przyczyn. „Unirea” (a właściwie jej brak) jest wygodnym kijem, którym z pozycji nacjonalistycznych i eurosceptycznych okładać można partie rządzące krajem od ponad 30 lat. Jednocześnie AUR jest nieufna wobec PAS. Podobnie jak DA uważa, że partia Sandu realizuje w istocie interesy liberalno-lewicowych, „globalistycznych” elit obojętnych wobec idei narodowej, a retoryki unionistycznej używa wyłącznie jako doraźnego instrumentu politycznego. Uderzanie w PAS jest w przypadku AUR w pełni zrozumiałe. Partia Mai Sandu (proeuropejska i liberalna) jest niechętna rumuńskim radykałom i reprezentuje kontestowany przez Simiona system wartości. Co ważniejsze jednak, otwarcie współpracuje z mainstreamową rumuńską centroprawicą oraz prezydentem Nicușorem Danem (mołdawska prezydentka jawnie wspierała go w wyborach z 2025 r.), czyli głównymi rywalami AUR. Krytyka rządzących w Kiszyniowie polityków stanowi wreszcie wsparcie dla sojuszniczego ugrupowania Vasilego Costiuca.
Rosyjska gra zjednoczeniem
Najciekawiej temat „unirei” wykorzystują jednak rumuńscy ekstremiści. Nacjonalistyczna, antyunijna i populistyczna partia SOS Romania nawołuje nie tylko do reintegracji z Mołdawią, ale także do przyłączenia do Rumunii utraconych po wojnie ziem należących dziś do Ukrainy (w tym północnej Bukowiny z Czerniowcami i Budżaka z Izmaiłem). Ma ona przy tym otwarcie prorosyjski profil: jej liderka Diana Șoșoaca utrzymuje bliskie relacje z rosyjskimi dyplomatami w Bukareszcie i jako jedyna wśród rumuńskich polityków pojawiła się niedawno na forum w Petersburgu. To właśnie to ugrupowanie stoi za głośną ustawą „o zjednoczeniu z Mołdawią” złożoną przed parlamentem w lutym 2026 r. Pod koniec czerwca br. ustawa ta została przyjęta przez Izbę Deputowanych i skierowana do prac w Senacie. Wydarzenie to wzbudziło ogromne zainteresowanie mediów na całym świecie. Stało się tak, mimo że Izba Deputowanych de facto nie głosowała nawet nad kontrowersyjnym projektem legislacyjnym. Ustawę uznano za przyjętą przez niższą izbę parlamentu, ponieważ posłowie nie zajęli się nią w konstytucyjnym terminie 45 dni. Nie ma ona szans na przejście przez senackie sito – negatywnie zaopiniowała ją zarówno Rada Legislacyjna, jak i rząd. Jest ona zresztą niekonstytucyjna i nie ma szans wejścia w życie. Partia Șoșoaki nie była jednak zainteresowana zjednoczeniem. Jej celem było dostarczenie propagandowej amunicji dla Rosji oraz mołdawskich sił prorosyjskich („mówiliśmy wam, Rumuni szykują aneksję Mołdawii – ustawa jest już w parlamencie, a nawet przechodzi przez kolejne izby!”) oraz podsycanie napięć na linii Kiszyniów–Bukareszt.
Kto naprawdę chce „unirei”?
Powyższe rozważania pozwalają na wyciągnięcie jednego prostego wniosku. „Unirea” to dla zdecydowanej większości graczy politycznych po obu stronach Prutu wygodne narzędzie polityczne lub po prostu kłopot. Nikt, nawet otwarcie wzywający do zjednoczenia politycy opozycji, którzy często odwołują się do tej idei i prezentują ją jako jeden ze swych kluczowych celów – jak George Simion czy Vasile Costiuc – nie wydają się realnie dążyć do jej realizacji (w każdym razie nie w najbliższym czasie). Po prawdzie im mniej – w wymiarze praktycznym – dzieje się na tym polu, tym łatwiej im krytykować rządzących w Bukareszcie i Kiszyniowie. Jednocześnie dla zajętych licznymi kryzysami (w tym gospodarczym i politycznym) elit rządzących w Bukareszcie obserwowane od pewnego czasu ożywienie dyskusji okołozjednoczeniowej jest po prostu problemem, który nie tylko wystawia je na ataki radykalnej prawicy, ale też konsumuje ich czas i uwagę (do sprawy trzeba się w końcu przecież regularnie odnosić).
Dla sił prorosyjskich straszenie zjednoczeniem to klasyczny mechanizm mobilizacyjny, żerujący na polaryzujących emocjach i podsycany z Moskwy. Co więcej, spektakl w rodzaju ustawy Șoșoaki – chętnie podchwytywany latem przez zachodnie media łaknące w okresie wakacyjnym klikalnych tematów – nie tylko podsyca napięcia społeczne w Mołdawii, ale też szkodzi jej wizerunkowi jako kraju mozolnie negocjującego akcesję. Widząc takie newsy, niektórzy mogliby przecież zapytać, czy kraj ten faktycznie potrzebuje integracji z UE (i na ile poważnie ją traktuje), skoro stoi już rzekomo na progu zjednoczenia?