Liczenie kobiet w parlamentach, rządach i administracji nie wystarcza do zrozumienia politycznej nierówności na obszarze postsowieckim, bo reprezentacja nie jest tożsama z podmiotowością. Sama obecność kobiet jest ważna, ale nie wystarcza, jeśli definicja władzy pozostaje niezmienna i utożsamia przywództwo z dominacją, bezpieczeństwo z „silną ręką”, patriotyzm – z militaryzmem, a państwo – z hierarchiczną rodziną kierowaną przez politycznego ojca.

W Rosji, Białorusi, Kazachstanie i części innych państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego władza nadal bardzo często kojarzona jest z figurą starszego, silnego, zdecydowanego mężczyzny. Przywódca, najczęściej autokratyczny, ma być „politycznym ojcem”, gwarantem stabilności, obrońcą państwa i człowiekiem zdolnym do podejmowania „twardych” decyzji. W skrócie – mężczyzną.

Problem aktywności kobiet w polityce nie sprowadza się więc wyłącznie do niewielkiej liczby przedstawicielek tej płci na wysokich stanowiskach. Chodzi o coś głębszego: o sposób, w jaki na obszarze postsowieckim została ukształtowana sama semantyka władzy, czyli zestaw cech, obrazów i skojarzeń, dzięki którym rozpoznajemy, kto ma prawo rządzić i jak powinien wyglądać „prawdziwy” przywódca.

Towarzyszki kobiety – wyzwolone tylko formalnie?

Źródeł tego problemu należy szukać między innymi w epoce sowieckiej. Z jednej strony ZSRS stworzył silną narrację o formalnym równouprawnieniu kobiet i mężczyzn. Kobieta miała pracować, zdobywać wykształcenie, uczestniczyć w budowie socjalizmu, mogła zostać lekarką, inżynierką, traktorzystką, a nawet kosmonautką. Emancypacja kobiet miała wskazywać na nowoczesność i postępowość państwa sowieckiego. Z drugiej strony rzeczywista władza pozostawała niemal całkowicie w rękach mężczyzn. 

W latach 1919–1990 tylko dwie kobiety – Jekatierina Furcewa i Galina Siemionowa – zostały pełnoprawnymi członkiniami Biura Politycznego, a kolejne dwie uzyskały status kandydatek na członkinie tego kluczowego organu. Powstał więc charakterystyczny paradoks: państwo deklarowało równość, lecz najwyższe szczeble politycznej hierarchii pozostawały dla kobiet niemal niedostępne.

Ten paradoks nie zniknął po 1991 r. Po rozpadzie ZSRS urząd prezydenta lub funkcję głowy państwa sprawowało na obszarze postsowieckim zaledwie kilka kobiet: Kersti Kaljulaid w Estonii, Vaira Vīķe-Freiberga na Łotwie, Dalia Grybauskaitė na Litwie, Nino Burdżanadze i Salome Zurabiszwili w Gruzji, Roza Otunbajewa w Kirgistanie oraz Maia Sandu w Mołdawii. Jeszcze bardziej charakterystyczne jest to, że niemal wszystkie te przypadki dotyczą państw demokratycznych lub przynajmniej podejmujących próby demokratyzacji. Znacznie trudniej wskazać podobne przykłady w stabilnych postsowieckich autorytaryzmach. Podobnie wygląda sytuacja na poziomie szefów rządów. Kobiety pojawiały się na stanowiskach premierów w Estonii, na Łotwie, Litwie, Ukrainie, w Kirgistanie czy Mołdawii, ale w większości państw postsowieckich najwyższe centrum decyzyjne pozostawało domeną mężczyzn.

Mężczyźni rządzą „lepiej”?

W tym miejscu warto odwołać się do pojęcia systemowego maskulinizmu władzy. Nie chodzi wyłącznie o seksizm rozumiany jako przekonanie, że mężczyźni są lepsi od kobiet. Takie spojrzenie byłoby dużym uproszczeniem. Systemowy maskulinizm oznacza raczej sytuację, w której określone cechy uznawane kulturowo za męskie – siła, dominacja, zdolność do przemocy, kontrola, wojskowość, emocjonalna twardość – zostają jednocześnie uznane za naturalne właściwości skutecznej władzy. W efekcie mężczyzna nie musi udowadniać, że jego płeć pozwala mu rządzić, to jest oczywiste niejako z definicji, podczas gdy kobieta powinna nieustannie potwierdzać, że jest wystarczająco silna, zdecydowana i odporna, by zostać uznaną za pełnoprawną przywódczynię. Jest to podstawa krytyki feministycznej.

Problemem nie jest więc wyłącznie nieobecność czy deficyt kobiet we władzach, lecz również sposób ich obecności. W autorytarnym systemie kobieta, owszem, może zajmować wysokie stanowisko, może odpowiadać za administrację, parlament, wybory, edukację, politykę społeczną czy ideologię, może być widoczna i formalnie wpływowa, ale jej pozycja pozostaje bezpieczna dopóty, dopóki nie kwestionuje męskiego centrum systemu. 

Można powiedzieć, że kobieta może wykonywać władzę, ale znacznie trudniej pozwala się jej tę władzę definiować. Jej obecność nie musi oznaczać politycznej podmiotowości. Przeciwnie – może służyć reprodukcji istniejącego porządku.

„Żelazna Lidzija” i „Podniebna Miss” – symbole emancypacji czy puzzle w rządach mężczyzn?

Dobrym przykładem jest Lidzija Jarmoszyna, która w latach 1996–2021 kierowała Centralną Komisją Wyborczą Białorusi. Dla posowieckiej Białorusi stała się ona postacią niemal ikoniczną. Po wyborach prezydenckich w 2010 r., komentując udział kobiet w protestach, stwierdziła, że powinny były siedzieć w domu i gotować barszcz, zamiast wychodzić na ulice. Jest w tym oczywisty paradoks: jedna z najbardziej wpływowych kobiet w białoruskim aparacie państwowym reprodukuje język, zgodnie z którym właściwym miejscem kobiety jest przestrzeń domowa. Nie jest to jednak sprzeczność, lecz właśnie przykład funkcjonowania systemowego maskulinizmu. Kobieta może zajmować wysoką pozycję, jeżeli zaakceptuje reguły systemu i będzie je odtwarzać. Sama obecność kobiet w aparacie państwowym nie musi więc podważać patriarchalnej struktury władzy.

Jeszcze bardziej wymownym przykładem jest Rosjanka Walentina Tierieszkowa. Pierwsza kobieta w kosmosie stała się jednym z najpotężniejszych emancypacji kobiet epoki sowieckiej. Jej biografia miała dowodzić, że system socjalistyczny otworzył kobietom drogę nawet do tych sfer, które wcześniej były zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn. Po dziesięcioleciach ten symbol został jednak wykorzystany do legitymizacji zupełnie innego porządku politycznego. W 2020 r. to właśnie Tierieszkowa formalnie zaproponowała rozwiązanie pozwalające wyzerować wcześniejsze kadencje Władimira Putina. Symbol kobiecej emancypacji został więc podporządkowany reprodukcji męskiego centrum władzy. Pokazuje to, że kobiety nie muszą być usuwane z polityki, aby system pozostawał maskulinistyczny. Czasami ich symboliczny kapitał może wręcz służyć jego umocnieniu.

Łukaszenka – władza to „zbyt ciężkie brzemię” dla kobiety 

Szczególnie wyraźnie ten sposób myślenia ujawnia się w wypowiedziach Alaksandra Łukaszenki. W 2020 r. oświadczył on, że białoruska konstytucja „nie jest napisana dla kobiety”, ponieważ daje prezydentowi bardzo silną władzę, a społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe, aby wybrać kobietę na najwyższy urząd. Kilka dni później próbował złagodzić swoją wypowiedź, mówiąc, że urząd prezydenta jest tak ciężkim brzemieniem, iż trudno go udźwignąć nawet mężczyźnie, a tym bardziej – przedstawicielce płci żeńskiej. Można potraktować te słowa jako zwyczajny seksizm, ale ich znaczenie jest szersze. Łukaszenka w istocie definiuje władzę jako ciężar, siłę, odpowiedzialność i zdolność do narzucania decyzji, czyli poprzez cechy kulturowo kodowane jako męskie.

Systemowy maskulinizm dotyczy nie tylko współczesnej polityki, lecz także sposobu opowiadania historii. W postsowieckich narracjach narodowych centralne miejsce zajmują wojny, powstania, rewolucje, obrona granic, konflikty zbrojne i walka o państwowość. Bohater jest przede wszystkim wojownikiem, a wojownik w tradycyjnym kodzie kulturowym jest mężczyzną. Kobieta pojawia się w tej narracji znacznie częściej jako matka bohatera, żona władcy, wdowa kontynuująca jego dzieło, ofiara wymagająca zemsty albo osoba, która w wyjątkowych okolicznościach przejmuje „męskie” obowiązki. Nawet wtedy, gdy kobieta zostaje uznana za bohaterkę, jej wyjątkowość bywa opisywana poprzez cechy uznawane za męskie: twardość, waleczność, bezwzględność, siłę charakteru. W ten sposób nawet emancypacyjna opowieść może reprodukować maskulinizm – wielkość kobiety zostaje potwierdzona przez jej podobieństwo do mężczyzny.

Jeszcze bardziej interesująca jest symbolika Ojczyzny. Rosyjskie słowo Rodina jest rodzaju żeńskiego, a figura Ojczyzny-Matki należała do najpotężniejszych symboli sowieckiej kultury, zwłaszcza w okresie II wojny światowej. Ojczyzna była (i nadal jest) matką, którą należało kochać, chronić i w razie potrzeby oddać za nią życie. Po rozpadzie ZSRS ten kod nie zniknął, lecz został przeniesiony na grunt nowych państw narodowych. Wspólna sowiecka ojczyzna przekształciła się w lokalne ojczyzny, ale sama struktura metafory pozostała.

W efekcie powstaje charakterystyczny paradoks: Ojczyzna jest kobietą, ale podmiotem jej obrony jest mężczyzna. Kobiecość symbolizuje ziemię, rodzinę, ciągłość, reprodukcję i wspólnotę, natomiast męskość symbolizuje siłę zdolną tę wspólnotę ochronić. W autorytaryzmie relacja ta może zostać przesunięta jeszcze dalej. Ojczyzna przestaje być wyłącznie matką, a zaczyna być przedstawiana jako kobieta wymagająca opiekuna. Silna męska władza chroni słabą kobietę-państwo, która w nowej, niebezpiecznej rzeczywistości potrzebuje „silnej ręki”.

Ojczyzna-Matka, Łukaszenka – Ojciec

Na Białorusi konstrukcja ta znalazła wyjątkowo wyrazistą formę w figurze „Baćki”, czyli „Tatki”. Polityczny „ojciec narodu” obejmuje opieką Ojczyznę, która bez jego siły może zostać skrzywdzona, zdradzona albo odebrana. Paternalistyczna metafora rodziny zostaje więc przeniesiona na poziom państwa. Ojciec, który w tej konstrukcji, jest niezbędny i niezastępowalny, podejmuje decyzje, dzieci powinny być posłuszne, a kobieta-Ojczyzna pozostaje wartością, którą należy chronić. W ten sposób tradycyjny model relacji rodzinnych zostaje wykorzystany do legitymizowania określonego modelu polityki.

Pełne rozwinięcie tej metafory można było obserwować podczas protestów po sfałszowanych wyborach w 2020 r., kiedy Łukaszenka powiedział o Białorusi: „Kochamy ją, a ukochanej się nie oddaje”. To zdanie jest szczególnie interesujące, ponieważ Ojczyzna-Matka zostaje tutaj przekształcona w ukochaną kobietę, która nadal pozostaje obiektem męskiej opieki i decyzji. „Ukochanej się nie oddaje” brzmi jak deklaracja miłości, lecz politycznie zawiera również posesywny sens: to mężczyzna decyduje, do kogo należy kobieta. W jednym zdaniu spotykają się więc dwa porządki: sowiecki język obrony Ojczyzny przed wrogiem oraz patriarchalny model relacji między mężczyzną a kobietą. Model, który jednak bardziej przypomina relację przemocową. Łukaszenka Białoruś „kocha” i jej „nie odda”. Drugiej strony nikt o zdanie nie pyta.

Podczas protestów 2020 r. metafora ta miała również konkretne znaczenie polityczne. Skoro władza przedstawiała siebie jako obrońcę Ojczyzny, jej przeciwnicy mogli zostać automatycznie uznani za zagrożenie dla państwa. Konflikt między społeczeństwem a reżimem został w ten sposób przepisany na znacznie starszą opowieść: swoi przeciwko obcym, obrońcy przeciwko zdrajcom, ojczyzna przeciwko wrogowi. Protestujący przestawali być obywatelami domagającymi się zmiany politycznej, a stawali się elementem zagrożenia inspirowanego przez wrogi Zachód. Obrona reżimu mogła dzięki temu zostać przedstawiona jako obrona kraju.

„Takie są odwieczne prawa natury”

Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny element postsowieckiego języka politycznego, czyli odwołanie do „tradycji”. Autorytarna władza bardzo chętnie przedstawia określony porządek społeczny nie jako jeden z możliwych modeli, lecz jako porządek naturalny i odwieczny. Mężczyzna jest mężczyzną, kobieta jest kobietą, rodzina jest rodziną, a Ojczyzna pozostaje Ojczyzną. W rzeczywistości postsowiecka „tradycja” jest konstrukcją bardzo złożoną i często łączy elementy radzieckie, religijne, narodowe i ludowe, które historycznie nie zawsze były ze sobą zgodne. Polityce nie jest jednak potrzebna rzeczywista tradycja, lecz tradycja uznana za właściwą, ponieważ jej najważniejszą funkcją jest zamknięcie dyskusji. Jeżeli hierarchia między kobietą a mężczyzną zostaje przedstawiona jako wynik tradycji, przestaje wyglądać jak nierówność i zaczyna być traktowana jako naturalny porządek rzeczy.

Tężyzna przywódcy argumentem politycznym

Systemowy maskulinizm nie istnieje jednak wyłącznie w języku i narracjach historycznych. Potrzebuje również obrazu. Dlatego ciało autokraty ma znaczenie polityczne. Władimir Putin przez lata budował swój publiczny wizerunek poprzez fotografie z polowań, jazdy konnej, łowienia ryb, uprawiania sportu czy innych demonstracji sprawności fizycznej. Nie są to wyłącznie zabiegi marketingowe. Ciało przywódcy staje się argumentem politycznym. Prezydent ma być zdrowy, silny, opanowany, sprawny i gotowy do działania, a jego fizyczność powinna symbolizować właściwości państwa. Autokrata nie jest już tylko urzędnikiem zajmującym najwyższe stanowisko. Staje się ucieleśnieniem siły państwa.

Maskulinizm władzy reprodukuje się jednocześnie na kilku poziomach: instytucjonalnym, symbolicznym, historycznym, językowym i wizualnym. Kobieta może być obecna w każdym z tych porządków, ale jej obecność nie musi prowadzić do zmiany samej struktury. Może symbolizować naród, ojczyznę, moralność, rodzinę, poświęcenie i ciągłość państwa. Może zajmować wysokie stanowisko, być bohaterką narodową, a nawet ikoną emancypacji. Jednocześnie wszystkie te role mogą być skonstruowane tak, aby nie naruszały męskiego centrum władzy.

Dlatego też samo liczenie kobiet w parlamentach, rządach i administracji nie wystarcza do zrozumienia politycznej nierówności na obszarze postsowieckim. Różnica między reprezentacją a podmiotowością ma tutaj zasadnicze znaczenie.

Nie tylko wojna i przemoc decydują o politycznej sile

Systemowy maskulinizm nie oznacza oczywiście, że każdy mężczyzna sprawujący władzę jest seksistą ani że każda kobieta znajdująca się w systemie pozostaje jego bierną ofiarą. Chodzi raczej o sposób organizowania znaczeń. Męskość zostaje powiązana z siłą, wojną, bezpieczeństwem, państwem i zdolnością podejmowania decyzji, a kobiecość z rodziną, opieką, reprodukcją, moralnością, poświęceniem albo potrzebą ochrony. Jeżeli takie skojarzenia przez dziesięciolecia powtarzają się w języku polityki, historiografii, podręcznikach, propagandzie i kulturze popularnej, zaczynają wyglądać jak naturalny porządek rzeczy.

W tym sensie dziedzictwo postsowieckie należy rozumieć nie tylko jako ciągłość instytucji czy elit politycznych, lecz również jako ciągłość sposobów wyobrażania władzy. Po 1991 r. dawne schematy zostały połączone z nowymi ideologiami: nacjonalizmem, religijnym konserwatyzmem, kapitalistyczną kulturą sukcesu, militaryzmem i nostalgią za utraconą potęgą. Zmieniły się flagi, symbole i oficjalne ideologie, ale znacznie wolniej zmieniał się język, za pomocą którego opowiadano o sile, przywództwie i politycznej sprawczości.

Dlatego rozwiązaniem nie jest wyłącznie zwiększenie liczby kobiet w polityce. Reprezentacja jest ważna, ale nie wystarcza, jeśli sama definicja władzy pozostaje niezmieniona. Rzeczywista zmiana wymaga odejścia od automatycznego utożsamienia przywództwa z dominacją, bezpieczeństwa z „silną ręką”, patriotyzmu – z militaryzmem, a państwa – z hierarchiczną rodziną kierowaną przez politycznego ojca. Wymaga również ponownego spojrzenia na historię i odejścia od przekonania, że wojna, przemoc i walka są jedynymi wydarzeniami naprawdę godnymi pamięci. Chodzi więc nie tylko o dopuszczenie kobiet do istniejącej struktury, ale o zmianę samego sposobu myślenia o tym, czym jest polityczna siła.

Anton Saifullayeu – doktor nauk humanistycznych, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim oraz kierownik Inicjatywy Badań Dekolonialnych (ISIEŚW UW), a także wicedyrektor Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. Zajmuje się teorią postkolonialną i dekolonialną, historią i współczesnymi formami kolonializmu rosyjsko-sowieckiego oraz systemami politycznymi i ewolucją autorytaryzmu w Europie Wschodniej. Obecnie bada relacje Białorusi z państwami Globalnego Południa oraz kwestie produkcji i dystrybucji wiedzy o Europie Wschodniej.

Redagowała Justyna Prus (PAP)