Imperium sprzątać po sobie nie musi – tak można podsumować podejście imperium rosyjskiego, a potem sowieckiego, do podbijanych i wyzyskiwanych terenów. Zarówno carska Rosja, jak i Związek Sowiecki traktowały swoje peryferie jako źródło surowców naturalnych. Dążenie do maksymalnego zysku doprowadziło do katastrofalnej degradacji środowiska, której skutki, takie jak wyschnięte Morze Aralskie czy odpady radioaktywne, obciążają dziś niepodległe państwa. 

Eksploatacja środowiska naturalnego należała i należy do podstawowych mechanizmów kolonializmu jako takiego. Ziemia staje się zasobem – wraz ze wszystkim, co można z niej wydobyć. Imperia brytyjskie, francuskie czy portugalskie również traktowały kolonie jako źródło surowców i przestrzeń, z której należało wydobyć jak najwięcej małym, nieznaczącym dla metropolii kosztem. Odbywało się to kosztem środowiska, lokalnych ekosystemów i ludności autochtonicznej. 

Nie ma też powodu, by z tej grupy wyłączać imperia lądowe. Rosyjski i sowiecki kolonializm działały według podobnej logiki. Peryferie miały dostarczać centrum tego, czego centrum potrzebowało: futer, złota, bawełny, uranu, niklu, ropy czy gazu. Po rozpadzie Związku Sowieckiego państwa postsowieckie odziedziczyły jednak nie tylko granice, miasta i infrastrukturę. Po dekadach eksploatacji pozostały odpady radioaktywne, zdegradowany przemysł, skażone tereny i problemy środowiskowe, których koszty odsuwano na później. Nowe państwa zostały więc z tym dziedzictwem w dużej mierze same. 

Dwa ustroje – ta sama imperialna logika eksploatacji 

Historia imperium rosyjskiego, a później sowieckiego, dobrze pokazuje trwałość logiki eksploatacji. W ciągu ostatnich 150 lat wskutek działań imperium ucierpiały rozległe obszary od Czukotki po Morze Bałtyckie. Przez ostatnie dziesięciolecia ogromny obszar Eurazji doświadcza niebywałego eksperymentu ekologicznego dwóch lądowych imperiów: Rosji i Chin. I o ile chiński rząd zaczyna podejmować działania naprawcze wobec ekologicznych konsekwencji swojego boomu gospodarczego, o tyle w Rosji polityczne elity są bardzo daleko od świadomości swojej destrukcyjnej działalności.

Podbijana od XVI w. Syberia stała się głównym zasobem naturalnym i siłą napędową rosyjskiego kolonializmu - tak jest już od 500 lat. Zmieniały się tylko surowce i technologie ich pozyskiwania. W XVIII i XIX w. były to srebro, miedź i złoto. Ałtaj stał się jednym z najważniejszych ośrodków metalurgicznych imperium, a syberyjska gorączka złota rozpoczęła się jeszcze przed amerykańską. W połowie XIX w. Syberia odpowiadała za znaczącą część światowej produkcji złota. Eksploatacja przesuwała się coraz dalej na wschód: od Ałtaju i Jeniseju po Lenę i Amur. Kiedy jedne złoża się wyczerpywały, imperium szukało kolejnych.

Rewolucja bolszewicka 1917 r. zmieniła ustrój, ale nie zlikwidowała dotychczasowej logiki. Imperium rosyjskie przekształcone w tzw. państwo sowieckie odziedziczyło lwią część starych zależności i centro-peryferyjną logikę organizacji gospodarki. Dodało jednak coś nowego – industrializację na skalę, która wcześniej była nieosiągalna. Eksploatacja zasobów została wpisana w gospodarkę planową oraz w hasła sowieckiej polityki modernizacji, pod szyldem której często kryła się kolonialna eksploatacja zasobów (technologizacja procesu).

Państwo budowało całe miasta, linie kolejowe, zakłady przemysłowe i systemy transportowe, których podstawowym zadaniem było otwieranie kolejnych obszarów pod eksploatację. Choć sam argument nie brzmi specjalnie kontrowersyjnie, tempo zmian w centralnej i wschodniej Eurazji zderzyło cały ten obszar z bezprecedensową skalą eksploatacji zasobów naturalnych w XX w.

Norylsk – czarne miasto na wiecznej zmarzlinie 

Symbolem tej epoki stał się Norylsk w Kraju Krasnojarskim – najbardziej na północ wysunięte duże miasto świata (liczy obecnie ok. 180 tys. mieszkańców) i jeden z najbardziej drastycznych eksperymentów epoki. Decyzję o budowie kombinatu metalurgicznego podjęto w 1935 r., a jednym z fundamentów jego powstania była przymusowa praca więźniów Gułagu. W czasie wojny tamtejszy nikiel stał się strategicznym surowcem dla sowieckiego przemysłu zbrojeniowego. Już na początku lat 50. Norylsk odpowiadał za znaczącą część produkcji niklu, miedzi, kobaltu i metali z grupy platynowców w ZSRS. Dziś Norylsk jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast na świecie, a Norylsk-Nikel – największe na świecie przedsiębiorstwo specjalizujące się w wyszukiwaniu, wydobyciu, przetwarzaniu niklu i palladu – to z kolei jedno z głównych źródeł problemów ekologicznych Syberii. 

Norylsk, 2025 / fot. Alexander Manzyuk / Anadolu/ABACAPRESS.COM

Największa zmiana przyszła jednak na Syberię wraz z ropą i gazem. Od połowy lat 30. XX w. poszukiwania ropy naftowej prowadzono w Kuzbasie (Kuźnieckie Zagłębie Węglowe, znajdujące się w południowej części Syberii Zachodniej), który geolodzy błędnie uznali za obszar potencjalnie bogaty w jej złoża. Przełom nastąpił dopiero w latach 50., kiedy z inicjatywy geologa Farmana Salmanowa rozpoczęto poszukiwania na terenie Chanty-Mansyjskiego Okręgu Autonomicznego. W 1961 r. odkryto tam pierwsze złoża, a w ciągu kilku kolejnych lat – około 150 pól naftowych.

Farman Salmanow nazywany jest twórcą syberyjskiej ropy. W pewnym sensie jego postać można zestawić z Jermakiem (Jermak Timofiejewicz, ur. ok. 1532-1542, ataman kozacki, który dokonywał podboju Syberii). Słynny dowódca podbijał Syberię dla państwa moskiewskiego, a geolog Salmanow otworzył przed sowieckim imperium dostęp do bogactw wcześniej ukrytych głęboko pod syberyjską ziemią. Salmanow stał się w niejakim sensie ponownym „odkrywcą” i prekursorem powtórnej kolonizacji Syberii.  

Złoża odkryte w zachodniej części regionu zaczęły przynosić miliardowe dochody ze sprzedaży ropy, a później także gazu. W ślad za nimi powstała infrastruktura łącząca syberyjskie zagłębia z europejską częścią ZSRS i rynkami zagranicznymi. Gazociągi ciągnęły się tysiące kilometrów na zachód. Paradoks polegał na tym, że syberyjski gaz mógł docierać do Niemiec czy Włoch, podczas gdy niewiele z wydobywanego bogactwa pozostawało w regionach jego pochodzenia i służyło ich mieszkańcom. Ten kontrast dobrze oddaje istotę kolonialnej gospodarki surowcowej: infrastruktura powstaje przede wszystkim po to, by wyprowadzić zasoby z peryferii, a nie po to, by rozwijać te regiony.

Kolonialny charakter tego modelu nie wynika przy tym z samego faktu wydobywania surowców. Jego istotą jest asymetria. Decyzje podejmowane są daleko od miejsc eksploatacji, a surowce i związane z nimi dochody płyną do centrum.  

Azja Centralna – „triumf” nad naturą, który stał się katastrofą

Dobrym przykładem eksploatacji natury na rzecz kolonialnego zysku jest obszar Azji Centralnej – ostatni duży region dołączony do Imperium Rosyjskiego pod koniec XIX w. W czasach sowieckich tzw. Azja Centralna stała się kluczowa w kilku kluczowych projektach gospodarczych, które doprowadziły do tragicznych skutków ekologicznych. Jednym z najbardziej wymownych przykładów była Celina – kampania zagospodarowania „ziem dziewiczych”, zapoczątkowana w 1954 r. Step posiadał własny ekosystem i był przestrzenią funkcjonowania społeczeństwa pasterskiego. W ramach kampanii zaorano dziesiątki milionów hektarów naturalnego stepu. Konsekwencjami były między innymi erozja gleby, degradacja krajobrazu, presja na zasoby wodne oraz niszczenie siedlisk. 

Tadżykistan (ale także Kirgistan i Uzbekistan) do dziś mierzy się z problemem zabezpieczenia i rekultywacji terenów po wydobyciu i przetwarzaniu uranu. Na północy kraju pozostały składowiska odpadów radioaktywnych, w których według szacunków znajduje się nawet kilkadziesiąt mln ton pozostałości po produkcji uranu. Stanowią one poważne zagrożenie dla miejscowej ludności i środowiska całego regionu. Sowiecka potęga atomowa powstawała m.in. dzięki surowcom wydobywanym w Azji Centralnej. Po rozpadzie ZSRS korzyści z tego programu należały już do przeszłości, ale pozostałości po nim – odpady radioaktywne - pozostały na miejscu. To jedna z najbardziej bezpośrednich spuścizn kolonialnej eksploatacji: problemy stworzone na potrzeby sowieckiego programu atomowego muszą dziś rozwiązywać niepodległe państwa regionu, często przy wsparciu organizacji międzynarodowych.

Kolejną „atomową” spuścizną pozostaje Semipałatyński Poligon Jądrowy, gdzie w latach 1949–1989 ZSRS przeprowadził ponad 460 prób jądrowych, pozostawiając po sobie rozległe skażenie części Kazachstanu. Związek Sowiecki przestał istnieć, ale skutki skażenia pozostały problemem niepodległego państwa.

Kazachstan i Uzbekistan odziedziczyły tragiczną historię Morza Aralskiego, stalinowski eksperyment, nazwany później przez ONZ „najbardziej wstrząsającą katastrofą ekologiczną XX w.” Sowiecki plan przekształcenia pustyni w „imperium bawełny” doprowadził do wyschnięcia ponad 90 proc. objętości Morza Aralskiego.

Było to skutkiem nie tylko intensywnej eksploatacji zasobów wodnych, ale także nieumiejętnego zarządzania nimi, prowadzonego bez względu na długofalowe konsekwencje ekologiczne. Rozbudowa produkcji bawełny wymagała ogromnych ilości wody. Coraz więcej pobierano jej z dwóch rzek: Amu-darii i Syr-darii. Powierzchnia nawadnianych gruntów rosła, a do Morza Aralskiego docierało jej coraz mniej, bo z powodu nierozumnego planu woda wsiąkała w pustynny piasek. W ciągu kilku dekad jeden z największych śródlądowych akwenów świata zaczął znikać z mapy. To, co miało być triumfem gospodarki nad naturą, stało się najbardziej odczuwalną katastrofą ekologiczną dla regionu. 

Pozostałości po Morzu Aralskim / fot. Anton Saifullayeu

Dziś Rosja nie ma już dostępu do Morza Aralskiego, a ciężar radzenia sobie ze skutkami sowieckiej polityki spoczywa przede wszystkim na Kazachstanie i Uzbekistanie. Kazachstan zdołał częściowo poprawić sytuację w północnej części akwenu, budując Zaporę Kokaralską, jednak problem jako całość pozostaje daleki od rozwiązania. Ogromne obszary dawnego dna zamieniły się w pustynię, a skutki dla gospodarki wodnej, środowiska i lokalnego klimatu będą odczuwalne jeszcze przez dziesięciolecia.

Czarnobyl – cena utajonej prawdy

Europa Wschodnia wciąż żyje z dziedzictwem Czarnobyla. Katastrofa pozostawiła głęboki ślad przede wszystkim na Ukrainie, Białorusi i części Rosji. To nie tylko historia skażonych obszarów i problemów zdrowotnych. To również przykład tego, jak przez lata marginalizowano znaczenie ryzyka ekologicznego i jak długo jego skutki pozostają obecne po zakończeniu samej katastrofy. 

W Czarnobylu zawiodła nie tylko technologia, ale również mechanizmy reagowania na kryzys. Centralizacja decyzji, ograniczanie przepływu informacji i próby przemilczania skali zagrożenia utrudniły właściwą reakcję w pierwszych dniach po awarii. Konsekwencje ponownie miały swoją geografię: rozległe obszary Ukrainy, Białorusi i części Rosji zostały skażone, tysiące likwidatorów uczestniczyły w usuwaniu skutków katastrofy, a część terenów została na dziesięciolecia wyłączona z normalnego użytkowania. Rozpad ZSRS nie zamknął tego problemu, lecz pozostawił jego następstwa nowym pokoleniom. 

Od Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej po Nową Kachowkę – współczesne oblicze ekocydu

Kolonialny wymiar eksploatacji środowiska jest widoczny również w rosyjskiej wojnie przeciwko Ukrainie. Działania wojenne powodują zanieczyszczenie gleby i wody, pożary lasów, niszczenie obszarów chronionych i zakładów przemysłowych oraz uwalnianie paliw, metali ciężkich i innych substancji toksycznych. Szczególne zagrożenie wiąże się z infrastrukturą jądrową. W 2022 r. wojska rosyjskie zajęły teren elektrowni w Czarnobylu, a następnie Zaporoską Elektrownię Jądrową – największą tego typu elektrownię w Europie. Wojna stworzyła więc sytuację, w której obiekty wymagające stałej kontroli, zasilania i specjalistycznej obsługi znalazły się bezpośrednio w strefie działań militarnych. 

Największą pojedynczą katastrofą ekologiczną tej wojny było zniszczenie zapory w Nowej Kachowce w 2023 r. Wywołana przez armię rosyjską powódź objęła setki kilometrów kwadratowych i dziesiątki miejscowości. Jednocześnie powyżej zapory niemal zniknął ogromny zbiornik, od którego zależały systemy nawadniania, zaopatrzenie w wodę i lokalne ekosystemy. Ocenia się, że część zmian może być nieodwracalna, a ich skutki będą odczuwalne przez dziesięciolecia. Właśnie dlatego katastrofa Kachowki jest często opisywana w kategoriach ekocydu – rozległego i długotrwałego zniszczenia środowiska, którego konsekwencje wykraczają daleko poza bezpośredni obszar działań wojennych.

Jeżeli uznać współczesny autorytaryzm części przestrzeni postsowieckiej za jedno z dziedzictw systemu rosyjskiego i sowieckiego, to problemy ekologiczne są ogniwem tego samego ciągu zależności. To nie tylko skutek dawnej eksploatacji, ale także sposobu sprawowania władzy i zarządzania kryzysem, które utrudniają ich ujawnianie i publiczne rozliczanie. W Rosji czy na Białorusi kwestie ekologiczne bardzo często pozostają poza realną debatą społeczną. Dostęp do informacji jest ograniczony, niezależne organizacje są marginalizowane i prześladowane, a decyzje dotyczące wielkich inwestycji i eksploatacji zasobów pozostają domeną państwa. Często stosowane są represje wobec ludzi głośno mówiących o problemach ekologicznych. 

Po rozpadzie ZSRS następstwa eksperymentów z naturą i eksploatacji zasobów naturalnych nie zniknęły. Część odziedziczyły niepodległe państwa, inne pozostały wewnętrznym problemem Rosji. Systematyczne pożary na Syberii, wyciek ropy w Jugrze w 2019 r., wyciek ropy do Morza Kaspijskiego w 2021 r. czy jedna z najpoważniejszych katastrof ostatnich lat – wyciek oleju napędowego w Norylsku w 2020 r. – pokazują skalę problemu. Koszty, które ponosi środowisko wskutek nieumiejętnego zarządzania, korupcji i dążenia do maksymalizacji zysków, są ogromne. 

Imperium można zlikwidować dekretem, zmienić jego flagę, nazwę i granice, znacznie trudniej jednak usunąć je z krajobrazu, w którym pozostaje pod postacią wyschniętych mórz, radioaktywnej ziemi, zatrutych rzek, rurociągów przecinających tundrę i hałd przemysłowych odpadów.

Zwierzęta uwięzione na zalanych terenach po zniszczeniu zapory w Nowej Kachowce przez Rosjan, 2023 / fot. Stringer / Anadolu Agency/ABACAPRESS.COM

Anton Saifullayeu – doktor nauk humanistycznych, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim oraz kierownik Inicjatywy Badań Dekolonialnych (ISIEŚW UW), a także wicedyrektor Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. Zajmuje się teorią postkolonialną i dekolonialną, historią i współczesnymi formami kolonializmu rosyjsko-sowieckiego oraz systemami politycznymi i ewolucją autorytaryzmu w Europie Wschodniej. Obecnie bada relacje Białorusi z państwami Globalnego Południa oraz kwestie produkcji i dystrybucji wiedzy o Europie Wschodniej.

Redagowała Justyna Prus (PAP)