W grudniu 2025 r. podczas publicznej przemowy do dowódców wojskowych Władimir Putin zarzucił liderom europejskim „rozkręcanie histerii” w związku z zagrożeniem ze strony Rosji. Wkrótce potem podczas niejawnej odprawy z tymi samymi wojskowymi powiedział im coś odwrotnego: celem na 2026 r. jest „rozpad NATO i UE od środka”.

Jednym ze środków do osiągnięcia tego celu jest Mołdawia – niewielkie państwo wciśnięte pomiędzy Ukrainę i Rumunię, które nie należy do UE i NATO. Z punktu widzenia Rosji to przestrzeń, w której wciąż realnie może ona odbudować swoje wpływy, a na pewno – wykorzystać jako poligon doświadczalny do ataków na UE i NATO, i osłabienia Ukrainy.

Spotkanie z wojskowymi i słowa Putina zrelacjonował 14 sierpnia amerykański dziennik „New York Times” na podstawie rozmowy z urzędnikami z dwóch krajów, mającymi wiedzę o tym spotkaniu. W tym samym artykule śledczym opisane zostały kwestie, które bezpośrednio dotyczą Mołdawii. Według zachodnich wywiadów przejęcie kontroli nad tym krajem znajduje się na drugim miejscu listy priorytetów Kremla zaraz po podbiciu Ukrainy.

Nie Polska, kraje bałtyckie czy Bałkany Zachodnie, ale właśnie Mołdawia. Kraj, liczący niecałe 3 mln ludności, który nie należy ani do NATO, ani do UE i prawie nie ma armii. Pytanie, które NYT pozostawia otwartym, brzmi: dlaczego.

Mapa nie zmieniła się od 2022 r.

Pierwsza część odpowiedzi dotyczy geografii i niedokończonego planu. W 2022 r. rosyjska ofensywa wzdłuż północnego wybrzeża Morza Czarnego, projekt tzw. „Noworosji” miała odciąć Ukrainę od morza i utworzyć granicę lądową Rosji z Mołdawią. Mapa planowanych ruchów wojsk, która została zaprezentowana publicznie przez białoruskiego autorytarnego przywódcę Alaksandra Łukaszenkę w pierwszych tygodniach wojny, pokazywała siły rosyjskie wkraczające do Naddniestrza. Rosja nigdy tam nie dotarła. 

Ion Tabirta, dyrektor Centrum Informacyjnego i Dokumentacyjnego NATO w Kiszyniowie tłumaczy, że porażka militarna nie oznacza bynajmniej, że Rosja porzuciła swoje cele.  – Osiągnięcie ujścia Dunaju jest jednym z priorytetów strategicznych Federacji Rosyjskiej – mówi. 

Zamrożenie konfliktu wzdłuż linii frontu lub porozumienie o zawieszeniu broni oznaczałoby w jego opinii zaledwie przerwę, zgodnie z wzorcem z Ukrainy. Aneksja Krymu i rozpoczęcie wojny w Donbasie poprzedziło pełnoskalową inwazję osiem lat później. 

Tarbita zwraca w tym momencie uwagę na szczegół, który często pomijają zachodnie analizy. „Nagrodą” nie jest Naddniestrze, gdzie Rosja od trzech dekad utrzymuje kontyngent wojskowy i zamrożony konflikt. – Rosja potrzebuje nie tylko Naddniestrza, ale całej Mołdawii, bo postrzega ją jako poligon doświadczalny, znacznie silniejszy przyczółek do destabilizowania sytuacji w Europie Południowo-Wschodniej – uważa Tarbita.

W praktyce oznaczałoby to osiągnięcie potrójnego efektu. Kontrola polityczna nad Kiszyniowem stworzyłaby dodatkową presję na Ukrainę, na przeciwległym końcu frontu. Terytorium Mołdawii stałoby się w tym scenariuszu platformą do prowokacji wymierzonych w kraje Europy – sąsiadująca Rumunia jest członkiem zarówno NATO, jak i UE. Byłby to, jak ujmuje to Tarbita, ciosem w wizerunek samego projektu europejskiego, powtórką przypadku gruzińskiego. Z tą różnicą, że Kiszyniów jest znacznie bardziej zaawansowany w procesie eurointegracji niż kiedykolwiek było Tbilisi. 

Jest jeszcze jedna rzadziej omawiana przyczyna i ma ona związek z ceną. Mołdawia jest jedynym krajem w tym równaniu, którego nie obejmuje ani artykuł piąty NATO, ani unijna klauzula solidarności. To, co w Polsce czy Rumunii oznaczałoby uruchomienie konsultacji sojuszniczych i zbiorowej odpowiedzi, w przypadku Mołdawii nie uruchamia nic. To – z punktu widzenia Rosji – przestrzeń, na której można małym kosztem i bez ryzyka odpowiedzi militarnej na pełną skalę przetestować różne instrumenty, zanim zostaną przeniesione dalej na zachód.

Gdy droga wojskowa jest zamknięta, droga „od wewnątrz” pozostaje otwarta

Armia rosyjska nie doszła do granic Mołdawii. Ale dotarło do nich coś innego i to właśnie tutaj tkwi druga część odpowiedzi na pytanie: „dlaczego Mołdawia?” Swoje cele Rosja może tutaj osiągnąć bez wojny. 

Victor Gotisan, ekspert ds. mediów i komunikacji, przekonuje, że największe osiągnięcie Rosji wewnątrz społeczeństwa mołdawskiego nie ma nic wspólnego z geopolityką, ale dotyczy podejścia ludzi do prawdy. – Udało się stworzyć taką percepcję, która głosi, że nie ma jednej prawdy, ale – że są różne „prawdy”. Że każdy posługuje się swoimi faktami i w efekcie nikt nie może wiedzieć, co się naprawdę stało – wyjaśnia rozmówca. – Kiedy dochodzi do sytuacji, że ludzie nie wiedzą w nic i nikomu, przestrzeń do manipulacji staje się znacznie większa – dodaje. 

Prawdziwym celem tej kampanii nie jest geopolityczna konwersja społeczeństwa. – Wcale nie ma potrzeby, by przekonać kogoś, że Rosja ma rację. Wystarczy przekonać, że nikt nie ma racji, że każdy kłamie i że od konkretnej osoby nic nie zależy – wyjaśnia Gotisan. Jak dodaje, głębszym celem jest erozja zaufania do państwa, instytucji, wyborów, mediów, partnerów zewnętrznych i, w końcu, do tego, że Mołdawia jest w stanie modernizować się i budować własną przyszłość. 

Mechanizm rosyjski dostosował się. Komunikaty nie przychodzą już z bezpośrednio Moskwy. Są podejmowane i formułowane na nowo przez lokalnych polityków, liderów opinii, kanały w Telegramie i twórców treści w ramach procesu, który Gotisan nazywa „udomowieniem dezinformacji”. – Narracja może pochodzić z Rosji, ale zanim dotrze do obywatela, jest dostosowywana, interpretowana w nowy sposób i przekazywana dalej przez lokalnych aktorów. Na tym etapie wygląda już nie jak zagraniczna propaganda, ale jak nasz „własny” pogląd czy obawa – tłumaczy ekspert. Rezultatem jest asymetria strukturalna. Manipulacja szybko rozprzestrzenia się w Telegramie, Tik Toku czy Facebooku, podczas gdy instytucje i profesjonalne media potrzebują czasu, by ją zweryfikować i zareagować. 

O tym, jak dużo Moskwa zainwestowała w ten projekt można się dowiedzieć dzięki danym zebranym przez mołdawskich dziennikarzy i śledczych. Dokumenty, które wyciekły z mającej siedzibę w Moskwie firmy świadczącej usługi finansowe opisują sieć politycznej mobilizacji, w ramach której zrekrutowano ponad 150 tys. osób. Jako pierwsza opisała to gazeta „Ziarul de Garda”, później sprawę analizował m.in. NYT. Mołdawscy prokuratorzy udokumentowali informacje o obozach szkoleniowych dla dywersantów w Serbii, Bośni i pod Moskwą, których uczestnicy z Mołdawii za 400 dol. wynagrodzenia uczyli się przerywać kordony policyjne. Inni byli szkoleni z obsługi improwizowanych ładunków wybuchowych oraz dronów (w tym dronów bojowych). Setki prawosławnych księży otrzymały rosyjskie karty bankowe w zamian za prowadzenie kampanii przeciwko referendum ws. eurointegracji (jesienią 2024 r.)

Co się wydarzyło 28 września 2025 r.

Wszystkie te działania zostały uruchomione na długo przed wyborami parlamentarnymi w 2025 r., a miały swoją kulminację w dniu wyborów. Według ustaleń prokuratury osoby szkolone w Serbii miały żółte i niebieskie opaski na ramionach, by rozpoznać się w tłumie, a niektórzy mieli przy sobie ładunki zapalające. Jednocześnie rosyjscy hakerzy przeniknęli do systemów Centralnej Komisji Wyborczej. Władze były przygotowane. Policja przeszukała w tygodniach poprzedzających głosowanie setki mieszkań, ataki cybernetyczne zostały powstrzymane przy pomocy partnerów z Zachodu; udało się też zapobiec poważnym aktom przemocy. Partia rządząca wygrała o włos, zdobywając nieco ponad 50 proc. głosów, a dużą rolę w tym zwycięstwie odegrała proeuropejska diaspora, która jest w mniejszym stopniu narażona na prorosyjskie wpływy dezinformacyjne. 

Moskwa zaprzecza, by miała z tym cokolwiek wspólnego. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow nazwał oskarżenia pod adresem Kremla „nieprawdziwymi stwierdzeniami, które nie mają żadnych podstaw”.

Wyniku wyborów nie można uznać za oczywiste zwycięstwo. Państwo wydało ogromne środki na zablokowanie tej operacji, a masowe aresztowania przeprowadzone w Mołdawii zostały potem wykorzystane przez sojuszników Kremla do oskarżeń o rzekomy „autorytarny zwrot”. Presja trwała także po wyborach. W marcu rosyjski atak na ukraińską elektrownię wodną w pobliżu granicy z Mołdawią spowodował skażenie zapasów wody. Rosyjskie drony uderzyły w linię wysokiego napięcia na zachodzie Ukrainy, która dostarcza do 70 proc. energii elektrycznej dla Mołdawii. 

Nasilone w ostatnim czasie ataki dronowe Rosji na terytoria graniczące z Mołdawią amerykański prestiżowy Instytut Studiów nad Wojną (ISW) uznał za „taktykę zastraszania, mającą na celu wywołanie przekonania, że przystąpienie Mołdawii do jakichkolwiek struktur zachodnich stanie się dla nich obciążeniem”.

Według think tanku przez nasilenie ataków na infrastrukturę graniczną Kreml stara się również zniechęcić Rumunię i Mołdawię do wspierania Ukrainy.

„Rosja w coraz większym stopniu akceptuje ryzyko związane z atakami na obszarach przygranicznych i coraz częściej wykorzystuje je do testowania reakcji Mołdawii i NATO (…)” – ocenili autorzy raportu.

To, co jest przetestowane w Mołdawii, idzie dalej

Ta logika przejawia się w działaniach Rosji, które mają konkretny wymiar fizyczny. Drony wlatujące w mołdawską przestrzeń powietrzną stały się już niemal rutyną, a 17 sierpnia w wywiadzie dla Radia Moldova prezydent Maia Sandu otwarcie powiedziała to, czego urzędnicy starali się dotąd unikać. – Myślę, że część przylatuje przez przypadek, a inne – dlatego, że są wysłane (celowo – red.) i to nie tylko w naszą przestrzeń powietrzną, ale także do innych krajów w regionie – oznajmiła Sandu. 

Noty protestacyjne słane do Moskwy nic nie dają. – Rosja nie dba o noty protestu i nie przejmuje się komunikatami wysyłanymi przez wszystkie te kraje – dodała przywódczyni Mołdawii. 

W tym samym wywiadzie Sandu wyciągnęła wnioski, do których zachodni analitycy dochodzili, być może, z opóźnieniem. – (To samo) widzieliśmy także w Rumunii i w Polsce – oświadczyła. Chronologia potwierdza jej słowa. Przez lata rosyjskie drony przekraczały granice Mołdawii i nikt nie płacił za to ceny. 

10 września 2025 roku prawie dwa tuziny rosyjskich dronów wleciały w polską przestrzeń powietrzną, samoloty NATO zestrzeliły kilka z nich, a Warszawa po raz pierwszy w takiej sytuacji powołała się na artykuł 4. Traktatu Północnoatlantyckiego. To, co Rosja przetestowała w kraju, w którym nie było żadnej ceny do zapłacenia, wypróbowała następnie w kraju zachodnim. 

Ten sam model można zaobserwować w wojnie informacyjnej. Tabirta uważa, że ataki hybrydowe przez długi czas traktowane przez Unię Europejską raczej jako „kwestię miękką” niż realne zagrożenie bezpieczeństwa. Zwraca uwagę, że przypadek Rumunii i Calina Georgescu – radykalnego kandydata, który „wyskoczył z kapelusza” i błyskawicznie zdobył ogromne poparcie, m.in. dzięki wspieranej przez Rosję kampanii – „pokazał, jak narażone mogą być zachodnie społeczeństwa, jeśli nie są odpowiednio przygotowane”. 

Te same sieci, ta sama logika mobilizacji za pośrednictwem TikToka i Telegramu, ta sama konwersja realnej frustracji w brak zaufania do instytucji – tym razem wewnątrz państwa członkowskiego UE i NATO. 

Gotisan ostrzega, że klasyczna reakcja obronna nie wystarczy. – Jeśli przeciwnik wyprodukuje sto narracji, a my na każdą odpowiemy weryfikacją faktów, to ciągle będziemy o krok w tyle – wyjaśnia analityk. 

Odporność, w jego opinii, oznacza budowanie własnej wiarygodnej przestrzeni informacyjnej, zapewnianie zrównoważonego wsparcia dla niezależnych mediów, w tym mediów regionalnych i tych tworzących treści w języku rosyjskim, oraz rozwijanie realnej zdolności do wczesnego wykrywania operacji informacyjnych, zanim dotrą one do setek tysięcy ludzi.

Sieć zbudowana przez te lata nie zniknęła wraz z przegranymi wyborami. Iulian Rata, prawosławny duchowny z miejscowości Orhei (Orgiejów), który przyznaje się do udziału w „pielgrzymkach” organizowanych przez Moskwę, będących elementem rosyjskiej kampanii i mówi, że zrobiłby to ponownie, w rozmowie z „The New York Times” podsumował nastroje w tych kręgach jednym zdaniem „Poczekamy. Mają dwa lata do następnych wyborów”.

Michail Nesteriuc jest mołdawskim dziennikarzem, obecnie pracuje jako freelancer. Do niedawna był korespondentem Telewizji Polskiej w Mołdawii i współpracownikiem Vot Tak Moldova – rosyjskojęzycznego programu poświęconego polityce, integracji europejskiej i walce z dezinformacją. 

Tłumaczyła Justyna Prus (PAP)